Uwielbiamy mentalnie usadowić się w wygodnym fotelu przy rozpalonym kominku z dobrą książką i kieliszkiem wina. Gdy już zagrzejemy dupkę to tak też zostajemy. Bez żadnych zmian. Bierzemy wszystko za pewniaka zapominając że życie wciąż się toczy, ludzie i miejsca się zmieniają. A później z ręką w nocniku, bo mąż odchodzi do innej, dzieci już dorosłe wyprowadzają się i dzwonią tylko na święta, a ta przyjaciółka co zawsze mogła wpaść z butelką wina i tuzinem czekoladek w środku nocy nagle ma swoją rodzinę i brak czasu dla ciebie. A ty nie wiesz jak i gdzie to się stało. Zapominamy że o wszystko trzeba dbać aby nie rozpadło się w drobny mak. W samochodzie trzeba od czasu do czasu oleju dolać, coś wymienić, sprawdzać opony czy się nie zjechały jeżeli chcemy aby nas wciąż mógł wozić tam gdzie sobie tego zapragniemy. Dom też trzeba co jakiś czas odmalować, wymienić jakiś sprzęt czy po prostu odkurzyć. Czemu zatem zapominamy dbać o nasze związki? W wieloletnich małżeństwach wiele par jest ze sobą już z przyzwyczajenia i/lub dla dzieci, bo “tak łatwiej i prościej w sumie to nie jest przecież aż tak źle”. Praca, codzienne obowiązki, kredyt, dzieci, dom i “nie ma czasu” na dbanie o związek - ale oczywiście jest czas żeby z kumplami wyjść na mecz czy z koleżankami na cały dzień do spa. I ok, bo potrzebna jest odskocznia, ale czemu by nie zrobić czegoś razem? Wspólny biwak albo wycieczka rowerowa z piknikiem, wypad do zoo czy do aquaparku. Rodzice wolą rzucić Władkiem i/lub Zygmuntem aby “bachor” kupił sobie nową grę i przykleił się do konsoli dając rodzicom spokój.
Niby ta cała technologia miała nas do siebie przybliżyć a w większości przypadków tylko nas od siebie oddala.
Prywanie mam na to idealne spojrzenie. Mieszkam za granicą. Ok, mój wybór więc “to ja powinnam się starać” i tak było, ale ile można pierwszemu wyciągać rękę? Piszesz “wpadnij w weekend” - po pierwsze, Ty również możesz “wpaść”,po drugie, jaki jest sens skoro nie utrzymujemy ze sobą kontaktu, bo nie chciało mi się za tobą biegać jak pies a ty miałeś wyjebane?
Po miesiącu gdy mięknę pytam czy wszystko u ciebie w porządku bo nic się nie odzywasz. Odpisujesz że “no wiesz, czasu brak. Praca i/lub szkoła, dom, partnerka/partner, etc”. Super, czyli nawet 15 minut siedząc na kiblu nie potrafisz znaleźć aby krótką wiadomość napisać? Będę mieć takie samo podejście.
Bo prawda jest taka, że gdy się CHCE to można znaleźć czas. Można chodzić do pracy i/lub szkoły, robić zakupy, gotować obiady, sprzątać dom, ćwiczyć, być w związku, mieć dzieci, spędzać czas ze swoja rodzina, znaleźć czas dla kogoś bliskiego i jeszcze mieć czas na długą kąpiel w wannie z maseczka na twarzy, odzywka na włosach i dobra książką.
Znam samotne pracujące matki, które potrafią raz na jakiś czas wyskoczyć na kawę w tygodniu na jakąś zumbę lub siłownię. Znam singli którzy nie mają nawet żadnego hobby poza siedzeniem przed telewizorem a potrafią powiedzieć że “nie mają czasu”. Zatracamy się w swoim jestestwie i gonitwie za pieniądzem zapominając o naszych najbliższych, rodzinie i znajomych. Żyjemy nie razem a obok siebie mając klapki na oczach nie widząc jak nasze relacje rozpadają się jak domki z kart. A gdyby tak ustalić sobie żeby w środy (wystarczy raz w miesiącu chociaż) zabrać małżonkę do kina bo są Środy z Orange (dwa bilety w cenie jednego), dzieciaki w sobotę do południa do parku aby się wyszalały z piesełami, czy z kumplem na rajd rowerowy żeby nadrobić zaległości a odetchnąć od rzeczywistości? Czy aż tak trudno w dzisiejszych czasach wygospodarować trochę czasu dla kogoś innego poza samymi sobą i gdzie, uwaga!, nie będziemy mieli z tego żadnych korzyści materialnych? Pieniądze są potrzebne, owszem, ale co nam przyjdzie z tych papierowych domów gdy w środku będą też tylko papierowi ludzie z jakże równie papierowymi uczuciami, poglądami i relacjami, a gdy będą chcieli się ogrzać bo to zimno ze środka zacznie już za bardzo doskwierać, to zaczną palić swoje meble zamiast zwyczajnie powiedzieć:
Ok, zdecydowanie nie jestem ekspertem od miłości. Gdybym była, to przecież nie musiałabym przejść przez tyle (!) beznadziejnych (!) związków, a trochę ich bylo.
Pierwszy chłopak - zerówka, lat 6. Byłam raczej bardzo kochliwa. Uwielbiałam po prostu ten stan. Oczywiście nie ma co mylić zauroczenia z zakochaniem a tego z miłością.
Ale napewno wiem, że taka miłość która cie konsumuje, płonie bardziej niż supernowa, jaśniej niż słońce i rozgrzewa cie bardziej niż nowe lampy na solarium, zdecydowanie wypali cie doszczętnie. Tak, masz powera aby robić wszystko: imprezować do białego rana, jechać prosto do roboty, spać po 3h dziennie, bzykać się przez całą noc i cały następny dzień, jeździć po całym świecie za 5 € w kieszeni. Zdecydowanie taka namiętna, pasjonująca miłość jest czymś wspaniałym i nie do opisania. I póki jest się młodym i ma się czas, siły i prawo do popełniania błędów, to jak najbardziej polecam.
Ale. Po takim związku zostanie z ciebie wrak człowieka (szczególnie gdy został zakończony w burzliwy sposób a zazwyczaj tak to właśnie bywa). Będziesz się czuć jakby ktoś ci zabrał cały tlen z płuc, wyrwał żebra i jakbyś nie wiedział kim jesteś, bo ta druga osoba, bycie z nią, życie z nią, cię definiowały. Może to trwać tydzień, miesiące a może nawet i lata. I od ciebie w tym momencie zależy jak dalej będzie wyglądać twoje życie. Możesz popaść w depresję, znienawidzić cały świat i ludzkość a najlepiej to się powiesić lub, możesz zacząć żyć dla SIEBIE. Serio. Zacząć stawiać SIEBIE na piedestale, stać się trochę egoistą i zacząć myśleć o SOBIE i SWOICH przyjemnościach. Wypróbować rzeczy które zawsze chciałeś spróbować ale twojej “drugiej połówce* “ się nie chciało bądź nie była tym zainteresowany. Naucz się być szczęśliwym SAM ZE SOBĄ a nie że tylko w otoczeniu kogoś (partnera, rodziny, przyjaciół, znajomych) potrafisz mieć dobry humor. Samotność wcale nie jest zła.
Ja przez 1.5 roku nierandkowania (tylko na dwie randki skusiłam się w tym czasie) podjełam się kursu strzelania z łuku, tańca na rurze i szycia na maszynie, plus nauczyłam się mnóstwa rzeczy o zdrowym odżywianiu (nie wspominąc ile książek pochłonęłam w tym czasie), byłam na wspaniałym krótkim weekendzie z siostrą i psiakiem w angielskiej krainie podobnej do naszych polskich Bieszczad (Peak District) oraz na cudownych wakacjach w Grecji (i we Włoszech - sama!) z moją przyjaciółką oraz w FABRYCE CZEKOLADY!!!
*Druga połówka - naucz się w końcu że każde z nas zostało urodzone w CAŁOŚCI i nie musimy szukać brakujących części. Bądź z kimś, bo tak chcesz, bo uszczęśliwia cię ta osoba jeszcze bardziej,bo ty uszczęśliwiasz ją też, ale nie dlatego że jest ci ona potrzebna do życia, bo bez partnera czujesz się jak ryba na lądzie. O! Bądź gadem! Gdy potrzeba, zanurz się w wodzie aż po czubek głowy lub wygrzewaj się na skale, ale tylko dlatego że CHCESZ a nie że potrzebujesz.
Gdy potrafisz spędzić czas samotnie a poznasz później kogoś, nie bombardujesz tej osoby wiadomościami ani telefonami gdy się nie widzicie. Nie zachowujesz się jak małe dziecko które przez 5 minut nie potrafi zająć się same sobą.
Ale przede wszystkim, NIE SZUKAJ! Słabo mi się robi od tekstów: Jestem taki samotny; nikogo nie mogę znaleźć; życie jest do dupy; laski są puste; facetow chodzi tylko o jedno; czekam aż to MĘŻCZYZNA wykona pierwszy ruch; lubię ją ale jest za gruba; etc.
Ludzie! Odpowiednia osoba pojawi się w odpowiednim czasie. Jak narazie to tylko marnujesz sobie czas i życie szukając jej.
Wiem też że każdy ma jakieś tam swoje wymagania, swój ideał, ale spójrz w lustro, spójrz w głąb siebie i odpowiedz sobie tak szczerze, ile TY masz do zaoferowania? Czy myślisz że chociaż w 10% jesteś w stanie spełnić wymagania kogokolwiek, nie wspominając już o twoim ideale? Nie mówię aby obniżyć poprzeczkę i brać pierwsze co w łapy wpadnie, ale bycie wybrednym na maksa szczęściu nie sprzyja. I tak na pierwszy rzut oka nie jesteś w stanie powiedzieć czy ów osoba będzie cię wspierać w ciężkich chwilach, obejrzy z tobą twój ulubiony serial którego nie cierpi, zrobi dla CIEBIE pyszne śniadanie bez okazji, zrobi ci dobrze w łóżku nie oczekując niczego w zamian (po prostu chcąc zrobić TOBIE przyjemność aby cię zadowolić a nie bo bilans musi być zerowy więc napewno się odwdzięczysz) i będzie ci mówić że pięknie wyglądasz z milionem syfów na twarzy. Takie rzeczy wychodzą w praniu, z czasem. Pamiętaj że wagę zawsze można zgubić, włosy przefarbować, masy mięśniowej nabrać, a na starość i tak obydwoje będziecie ścigać się na wózkach bo jednemu będzie biodro dolegać a drugiemu plecy.
Wierząc lub nie, Bóg/Krishna/Budda/Matka Natura/Życie/Wpisz-Co-Chcesz ma dla każdego z nas plan i jeżeli jesteś singlem to korzystaj z tego czasu, rozwijaj się, poznawaj świat a Ta Osoba pojawi się w najmniej spodziewanym momencie (tylko pamiętaj aby jej nie spławić bo nie ma płaskiego brzuszka lub nie możesz szpilek założyć bo jest za niski). Pamiętaj że to TWOJE Życie i nikt go nie przeżyje za ciebie. Rób co chcesz i kiedy chcesz (jeżeli nie uwzględnia to cierpienia innych ludzi lub zwierząt) i nie zwracaj uwagi na to co ludzie pomyślą i będą mówić bo w większości to i tak czysta zazdrość.
Ale napewno siedząc w domu na kanapie przed telewizorem to się nie wydarzy ;)
Chwilami brak polskich znakow z powodu pisania na angielskim komputerze ;)
Dlaczego ludzie oceniają siebie i innych na podstawie ilości/jakości partnerów seksualnych?
Naprawdę żal mi kobiet, które szanują się w zależności od tego czy "dałby czy nie dałyby" oraz mężczyzn, którzy podbijają sobie ego ilością dziur w których zamoczyli.
Seriously, nie macie wartościowszych cech w swojej osobowości? Co z byciem dobrym, szarmanckim, przyjacielskim, pomocnym? Co z pomaganiem bliźnim i zwierzętom? Co z dbaniem o środowisko? Co z wykształceniem, rozwijaniem się, podnoszeniem kwalifikacji?
Czemu na tle tylu rzeczy z których możemy, powinniśmy być dumni, większość stawia na pierwszym, jedynym i najważniejszym miejscu, ilość partnerów łóżkowych? Czy naprawdę chudy/gruby/krzywy/mały/duży kutas czy wąska/ciasna/owłosiona/dziewicza cipka mają aż taką moc aby na ich podstawie określać siebie i innych?
Przecież seks to przyjemność, tak? Podczas seksu spalają się kalorie, poprawia krążenie, uwalniają się endorfiny - czy to aż takie złe? Jest wiele ludzi, którzy zostali zranieni, stracili zaufanie do ludzi i nie chcą pakować się w związki więc mają sobie odmawiać tej przyjemności? Facet jak nie spuści z jajek to go bolą a ile można na ręcznym jeździć? Baby, gdy przez dłuższy czas nie są wybzykane, też zaczynają się jakieś chore jazdy i ogólne nasranie w bani.
Żyjemy w tak stresujących czasach gdy rząd nas rucha, państwo nas rucha, szef nas rucha, to czemu choć raz nie dać się wyruchać dla samego "Ooooooł yeah!"?
Ile można gier kupować lub nowych par butów na poprawienie nastroju po tym jak nasz szef obciął premię, bo mu brakuje do nowego mercedesa czy podnieśli znowu podatki, bo Rydzyk musi dostać na "swoją szkołę"? Czasami naprawdę lepiej wybrać w telefonie "Memory 5", wyładować wszystkie negatywne emocje z drugą osobą w łóżku i na drugi dzień z "After glow" stawić czoła tej chujowej rzeczywistości.
Pamiętam gdy miałam naście lat i wyjechałam na drugi koniec Polski za facetem, gdzie tylko wiedziałam w którym mieście jest nic poza tym lecz och, taka zakochana byłam i tak mocno wierzyłam ze mi się uda. Szczęście miałam, bo go wtedy znalazłam zanim zdążyłam wsiąść w pociąg powrotny.
Lub gdy wraz z przyjaciółka obklejałam centrum Poznania ogłoszeniami mówiącymi, ze poszukuje pewnego chłopaka, którego poznałam noc wcześniej. Bog jeden wie ile się wtedy najeździłyśmy po całym mieście i okolicach. Chłopak pozostał nieodnaleziony, ale wspomnienia pozostaną :D
Głupie to było i bezmyślne, ale było prawdziwe, spontaniczne, bez zastanawiania się czy to ma sens i jakie będą konsekwencje.
Pracując już od paru lat (w sumie to będzie już 7) czasami tęsknie za ta beztroska. Gdy można było być sobą, nie przejmować się czy ktoś cie weźmie za wariatkę, kretynkę czy zwykła psychopatkę (i zadzwoni po panów w białych mundurach, którzy wezmą cie w kaftan i na zawsze będziesz żyć w świecie fantazji). Gdy można było powiedzieć: "Tak, wciąż przechodzą mnie dreszcze na wspomnienie twoich pocałunków" lub "ogólnie to jesteś zjebana jak ruski czołg i twój styl życia oraz twoje decyzje życiowe są beznadziejne, ale lubie z tobą rozmawiać i spędzać czas", czy moje ulubione: "przestań w końcu żreć i gadać do siebie!".
Lecz wraz z wiekiem, dochodzi tez odpowiedzialność, ponoszenie konsekwencji za swoje czyny, świadomość społeczna i nie można już w dyrektora fimy rzucić dziurkaczem i powiedzieć ze jest starym zbokiem i śmierdzi niemytymi, spoconymi jajami.
Podobno kiedyś trzeba przestać być Piotrusiem Panem (chociaż coraz częściej widzę, ze facetów to jednak nie dotyczy), zacząć płacić rachunki, pomyśleć o WŁASNYM kacie i o kredycie który trzeba będzie za niego spłacać, o założeniu rodziny, o pielęgnowaniu swojej dumy, dobrego imienia, poszanowania bliźnich etc. Swoje emocje i uczucia schować do kieszeni, myśleć o "większym dobru"i o tym "co ludzie powiedzą" oraz czekać aż okazje będą nam stawać same na drodze, a nie przedzierać się przez krzaki, poobdzierać łokcie i kolanami brodzić w błocie lecz sięgnąć po to, czego naprawdę się pragnie.
Co daje motywację osobom próbującym schudnąć/przytyć/wyrzeźnić
ciało?
- zdrowie
- chęć wbicia się w swoje ulubione jeansy,
które na tyłek już nie chcą wejść
- zbliżający się ślub, wesele czy inna
rodzinna impreza
- postanowienie noworoczne
- nadchodzący urlop, wakacje
- pokazanie wszystkim, że "there's
more that meets the eye"
Określamy drugiego
człowieka na podstawie jego wyglądu. Tak było, jest i będzie.
Może mniej jeżeli chodzi o przyjaciół, ale napewno jeżeli chodzi o osobę
z którą chcielibyśmy się związać. Bo przecież chcielibyśmy aby podobała nam się
osoba na którą patrzymy, a nie marzyć o tym, aby założyć jej papierową torbę na
głowę.
Jest też inna sprawa,
że nawet gdy ów osoba nawet wizualnie nam się podoba, to często nie zawsze
chcemy ją zrozumieć. Jej zachowania, gesty, słowa. Im człowiek jest starszy,
tym większy bagaż ze sobą niesie. Nierzadko przez ów doświadczenia budujemy
wokół siebie mur (-y) przez który ciężej do nas dotrzeć ale jesteśmy za jego
murami bezpieczniejsi. I tak też trafiamy na taki mur osoby, która nam się
podoba, ale nie chcemy się przez niego przebijać (bo po co, na co i na chuj mi
ten kaktus?) i rezygnujemy. A ów osoba tylko dokłada sobie kolejne cegiełki, bo
o! właśnie się sprawdziło że zapora się sprawdza więc trzeba ją jeszcze
bardziej uskutecznić. Tak na wszelki wypadek gdyby jakieś zbłąkanej duszyczce
udało się znaleźć jakąś szczelinę i nie daj Boże chciała się przebić i dostać
do tej zranionej, niepewnej, samotnej osóbki która siedzi w samym środku. I tak
koło się zamyka. Wewnątrz muru wołamy o to aby ktoś jednak miał na tyle
cierpliwości i siły aby się przebił lecz jednocześnie dochodzi fasada, bo może jednak
skurwysyna da się wcześniej utopić. Bo co jeżeli faktycznie się do nas
dostanie, obali wszelkie mury a prędzej czy później i tak nas zrani, zostawi,
złamie nasze serce i trzeba będzie zaczynać cały proces od początku?
I tu nierzadko
pojawia się trening. Męczy nas już użalanie się nad samym sobą lecz gardę nadal
trzymamy. Ale gdzie dać ujście tej całej frustracji? Tej złości na ludzi, na to
jak w obecnych czasach wygląda życie, na całą naszą przeszłośc, która zrobiła z
nas takich niedojebańców emocjonalnych, na nas samych?
Wielu popada w uzależnienia, aby oderwać się od tych myśli i dać się ponieść
hajowi. Hazard, narkotyki, alkohol, bijatyki, imprezy, gry... Ale jest też duża
część, która po prostu uderza na siłownię, pływalnię, fitnessy, bieganie czy
inne rodzaje wysiłku fizycznego. Podobno po ćwiczeniach uwalniają się endorfiny
i to pomaga nam z czasem jakoś dojść do ładu i składu z samym sobą. Całe zło
tego świata, które wcześniej zamienialiśmy na czekoladę, browara i kubełek
lodów, teraz spalamy i przetapiamy na mięśnie i piękną sylwetkę. Nieraz
poznajemy ludzi podobnych do nas, z podobnymi problemami, historiami i celami,
z którymi zaprzyjaźniamy się a podobno nawet i można się w kimś zakochać.
I nawet jeżeli ceglany
mur, otoczony siatką kolczastą i fasadą, nadal stoi twardo, to ta mała osóbka w
środku staje się z dnia na dzień silniejsza i coraz bardziej gotowa, aby znowu
zaryzykować opuścić tą swoją twierdzę i sprawdzić czy coś w okolicy może się
jednak zmieniło.
Za pare miesięcy miną
trzy lata od kiedy jestem singlem. Pomijając pierwsze pół roku gdy Wczoraj,
Dzisiaj i Jutro wyglądały praktycznie tak samo, to stwierdzam, że bardzo dobrze
spędziłam ten czas jako singiel. Zwiedziłam wiele miejsc (Anglia, Malta, Grecja,
Włochy a niebawem też i Irlandia), przewróciłam swoje życie do góry nogami
(nowe miejsce zamieszkania, nowy kraj, nowa praca) i nie żałuję ani jednej
chwili. Facetów w tym czasie poznałam mnóstwo. Do kawy/drinka/łóżka. W tym
czasie nauczyłam się, że nie ważne czy facet ma lat 20, 25 czy 30, słucha
rocka, bluesa czy hip hopu, mieszka z rodzicami czy sam, działa zawsze według
tego samego schematu:
Na początku +150 do zainteresowania daną kobietą. Jaka jest, co lubi, czego nie,
o czym myśli, co ją martwi itp itd. Na randce „och jak pięknie wyglądasz” i
każdy możliwy tekst aby tylko owinąć ją sobie wokół palca. Jeżeli randka
wypadła znakomicie to lądują w łóżku. W zależności od ilości spożytego alkoholu
i umiejętności oraz dopasowania obojga, tak przebiega noc. Jeżeli zostają ze
sobą do rana, to facet że niby taki szarmancki i dżentelmen, to i śniadanie
zrobi i kawę. A w momencie zamknięcia za sobą drzwi, kontakt się urywa.
Bo porządny seks, prawdziwy orgazm, działa lepiej niż najlepsze ćwiczenia i
blancik razem wzięte. Cała złość i frustracja są wypalane w tym namiętnym akcie
i pozostaje tylko błoga nirwana.
Ty bo masz swoje potrzeby ale „nie wypada na pierwszej randce” lub prześpisz
się na tej pierwszej randce lecz na żadne love story nie masz co liczyć,
rodzice bo przecież zegar tyka a ty nadal nikogo nie masz, przyjaciele bo jak
to możesz się tak puszczać i eksplorować skoro oni wszyscy już ohajtani,
dzieciaci i nie pasujesz już do standardów ich znajomych w Kirden Party. Zawsze
komuś coś nie będzie się podobać więc czy nie lepiej i prościej jest postawić
samego siebie na piedestale i najpierw uszczęśliwić SIEBIE a to czy komuś się
to podoba czy nie to już nie nasze zmartwienie?
Miałam to szczęście,
że pierwszy facet z którym miałam styczność po moim rozstaniu był całkiem
fajnym facetem i całkiem prosto mi to wszystko wytłumaczył (zdążyłam COŚ do
niego poczuć lecz z biegiem czasu zdałam sobie sprawę, że w głównej mierze była
to tylko potrzeba poczuć znów cokolwiek do kogoś innego po tak chujowym
rozstaniu): „Nic ci nie obiecywałem a twoja frustracja jest wynikiem twoich wyimaginowanych
oczekiwań. Faceci powiedzą ci wszystko aby zaciągnąć cię do łóżka-taka nasza
natura. Telefon na dobranoc i wiadomość z samego rana nie oznacza, że chce się
wiązać. Czasami po prostu wystarczy chcieć miło z kimś spędzić czas bez żadnych
zobowiązań” (to tak w skrócie). I z ów facetem mam do dzisiaj kontakt, fajny
chłop z niego lecz od tamtego czasu gdy zaczęłam podchodzić do mężczyzn z takim
samym nastawieniem jak oni do kobiet, zaczęłam zauważać że wszyscy jak jeden
mąż działają według tego samego wzorca i tak łatwo jest też ich sobie okręcić
wokół palca, że nawet dziecko byłoby w stanie to zrobić. Oczywiście w takich
relacjach nie ma mowy o żądnych głębszych uczuciach. Lecz póki jest się młodym
i sprawnym, powinno się eksplorować, doświadczać i poznawać samego siebie (i
ZAWSZE pamiętać o zabezpieczeniu).
Napewno patrząc wstecz
nie żałuję ani jednego dnia.
Sama dopiero co miałam mieć taką (kolejną) jednorazową
randkę.
Wszystko przebiegało według schematu. Telefony, wiadomości,
pierdolenie o szopenie. Z dużym naciskiem przypominałam, że to będzie tylko
one-night-stand. Po tak długim czasie myślenia jak facet, zaczęło mnie męczyć
ciągłe udawanie zawsze słodkiej idiotki i odpisywanie na milion wiadomości gdy
właśnie oglądam ulubiony serial, udawanie „Och to fantastycznie, że proponujesz
że możesz kiedyś wpaść na piwko lub dwa”, odbieranie telefonów podczas
treningu, czy ogólne udawanie że jara mnie ta cała konwersacja. Więc cieszyłam
się gdy w końcu nadszedł czas ów randki, gdy dostanę to co tak naprawdę chcę i
będę mogła później dalej w spokoju czytać książkę.
I chociaż tak bardzo znałam zasady gry, w którą grałam już
nie raz, to ku memu zaskoczeniu coś we mnie drgnęło, gdzie myślałam że to już
dawno zostało pogrzebane pod warstwą kurzu i pyłu i racjonalnego myślenia. Niespodziewałam
się, że trafi kosa na kamień i że skoro strzeliłam sobie w kolano już na
przedbiegach to nie dam rady ów kamienia przebić. Okazało się, że jednak sprawy
mają się inaczej w świecie rzeczywistym a wirtualnym, czego nie brałam pod
uwagę, bo przecież po co, skoro tyle czasu nic do nikogo nie poczułam poza
zwykłą sympatią? Zapomniałam też o swojej dawnej przyjaciółce Karmie, która nie
jest zwykłą dziwką lecz bardzo luksusową i pojawia się tylko wtedy gdy opuszczę
gardę. Jednak skoro od samego początku wzbraniałam się, że żadnego love story,
to jeżeli powiedziałam A to trzeba też i powiedzieć B.
Kiedyś najlepszym lekarstwem aby zapomnieć o panu X, był pan
Y lecz odkryłam, że męczy już mnie zabawa w udawanie uciekającej myszki, którą
kotek mógłby złapać i że treningi mają
taką samą moc a nawet są bardziej owocne a facetów wolę narazie odstawić w kąt,
bo nie mam jednak zdrowia do nich na obecną chwilę.
Jednak widzę, że
pomimo iż mamy XXI wiek, dzieci z probówek, homoseksualistów mówiących i
pokazujących otwarcie kim są i obejmujących wyższe stanowiska, coraz większą
świadomość o krzywdach jakie dzieją się „braciom mniejszym”, to i tak
społeczeństwo (tak, kobiety też tak myślą) nadal uważa, że facet to może ruchać
zawsze i wszędzie, a kobieta która się prześpi z mężczyzną na pierwszej randce
jest kurwą i się puszcza. Bo jak to stwierdził mój znajomy: „Faceci mają klucz,
który otwiera wiele zamków, a kobieta ma kłódkę którą powinien otwierać tylko
jeden klucz, bo skoro jest uniwersalna to nic nie chroni”. I tak oto mamy
Średniowiecze 2.0. Kobiety czytają literaturę typu „50 twarzy Greya” z
wypiekami na twarzy i mokrymi gaciami lecz nie powiedzą swojemu partnerowi, że
też by chciały być związane i dostać klapsa tak jak Ana, bo nie wypada im
czerpać przyjemności z seksu. Bo to tylko mężczyzna może mieć takie potrzeby i
spełniać je kiedy chce, jak chce i z kim chce. Więc idzie taka Jolka na randkę z
takim Januszem, później na piątą, ósmą i na dziesiątej, aż w końcu się z nim
prześpi, bo już chodzą za rączkę i już zmienili swoje statusy na Facebooku że
są ze sobą w związku więc formalnie może mu już dupy dać i nikt nie pomyśli że
się puszcza. A w łóżku okazuje się jedna wielka klapa. Bo on ma za małego albo
nie potrafi dobrze wylizać lub ona nie potrafi porządnie possać czy po prostu
nie potrafią się dopasować. Lecz ów Jolka już jest zakochana w ów Januszu (a
Januszowi wystarczy tylko, że będzie mógł się jej spuścić na brzuch a skoro
Jolka orgazm ma (powiedziała mu że ma, bo wstydziła się mu powiedzieć że krowa
z pastwiska by ją prędzej doprowadziła do orgazmu niż on) to gitara gra) i nie
chce wyjść na burą sukę ani na kurwę co to tylko ruchanie jej w głowie więc zostaje
z tym Januszem. Więc czyta te wszystkie „mądre” czasopisma dla kobiet w których
przecież jest tyle „skutecznych” wskazówek typu „Jak powiedzieć mu co lubisz
bez mówienia tego na głos” i choć po X miesiącach seks dla niej nadal jest
beznadziejny, to kupuje sobie ogromnego wibratora, który kręci się lepiej niż
pokrętła w jej najnowszym mikserze i zamyka się w nim w łazience podczas bardzo
długiej kąpieli aby w końcu mieć ten upragniony orgazm one way or another.Z
czasem i tak wyjdzie za ów Janusza i spłodzi mu dwójkę dzieci, a w pracy będzie
ją obracał na biurku, po godzinach, nowy asystent dyrektora-Mareczek, który
będzie jej dawał orgazmy, których nigdy nie miała (i nawet nie wiedziała, że
może mieć) a które są takie wspaniałe lecz nie zostawi rodziny bo kocha i
Janusza i swoje dzieci a seks z Mareczkiem jest tylko dodatkiem, którego nie
otrzymuje od męża. A przecież Jolka też jest tylko człowiekiem (tak jak i
mężczyzna) i też potrzebuje porządnego, dobrego orgazmu, aby nie rzucić tej
roboty w cholerę, dzieci wysłać do szkoły z internatem, a męża najlepiej gdzieś
do senatorium i nie pozabijać wszystkich dookoła z powodu codziennych
frustracji i złości, które nigdzie nie mają ujścia.
Ale nie, kobietom nie
wypada wypróbować faceta zanim zdecydują się czy chcą się z nim związać i w
przyszłości rodzić mu dzieci, bo „kobiecie nie przystoi” i ma być jak ta biedna
Jolka – brać kota w worku.
Żeby nie było, że
twierdzę iż na każdej randce trzeba się ze sobą przespać, a każdy kot w worku
okaże się nie wypałem. Co to to nie. Lecz po wielu moich doświadczeniach, i
historii, które usłyszałam, wiem że tak się niestety często dzieje.
Nie ma złotego środka jak iść przez życie, bo zawsze ktoś będzie
niezadowolony.
Będąc już sześć miesięcy za granicą mogę trochę wypowiedzieć się o związkach międzyludzkich. I oczywiście w moich przemyśleniach nie ma nic zaskakującego. Nic czego bym się nie spodziewała.
Jak się okazuje, wiele przyjaźni opiera się na alkoholu/kofeinie. Nie ma wspólnego piwka, kawusi, imprezki - nie ma powodu ani potrzeby aby gadać. Bo niby o czym? O życiu, pracy, diecie, kupie, problemach trzeciego świata? Tuż to takie przyziemne. I nagle wraz z rosnącą odległością maleje bliskość.
Albo zmiana statusu. Oboje przyjaciół jest w związkach to fajnie, bo przecież podwójne randki, zrozumienie gdy przyjaciel narzeka na swoją "drugą połówkę" i takie tam. Albo przeciwna sytuacja: Dwa single, wspólnie podbijające miasto i nie raz robiące za "wing mana" drugiego. I wszystko szlak trafia gdy jedna z tych osób zmienia swój status na przeciwny. No bo jak parka ma iść na podwójną randkę z singlem? A może jeszcze będzie chciała odbić mi faceta? Albo będzie cały czas ryczeć, że tamten ją rzucił i DLAAACZEGOOOOOO???!!! Bądź wspólne strzelanie na strzelnicy stanie się nowym miejscem do miziania dla papużek i ogólnie to sory, ale nie mogę iść z Tobą na ten całonocny maraton filmowy który planowałyśmy już od paru miesięcy bo Misiek robi mi dzisiaj kolację (tak jak i wczoraj, jutro i za tydzień). I jakoś tak z czasem braknie czasu na tego przyjaciela, który zawsze "był pod ręką" i robiło się tyle rzeczy razem TAK DŁUGO JAK status społeczny był taki sam.
Jeszcze są ci, co jak zwróci się im uwagę co do danej aktywności w ich życiu (można coś zrobić lepiej/prościej/taniej/bezpieczniej/inaczej/nie robić wogóle) to obrażają się na ament i sru. "Bo ty się nie znasz!". Żadnej konwersacji nie nic. Przyjęcie do wiadomości Twojego punktu widzenia na daną sprawę, foch z przytupem i odejście w siną dal. Bo skoro nie akceptujesz mnie w 100% od A do Z to nie mamy o czym rozmawiać.
No i są też tacy, co oczywiście zabiegani, zalatani po same pachy, że przez 119h w tygodniu (odejmując już 7h na sen) nie potrafią znaleźć 15-20 minut aby napisać co u nich/odpisać czy chociaż poskajpajować. A no tak. W połączeniu z powyższymi to już wogóle czyn ponad ludzkie siły. XXI wiek taki zacofany.
Ale są też (na szczęście) i takie istotki, które dopiero pomimo powyższych, zaczynają rozkwitać i pokazywać, że są naprawdę fajnymi osobami. I mniej lub bardziej, ale służą poradą/zdaniem/opinią/opisem swojej kupy gdy tego najbardziej potrzebujesz.
I dlatego nie rozumiem jak można oczekiwać od swojego partnera, że zostanie na zawsze, wszędzie i pomimo wszystko, skoro przyjaciele nie potrafią? Fakt. Jest to inny rodzaj relacji międzyludzkiej, ale podstawy są te same. Więc jeżeli np przyjaciel po 15 latach znajomości zaczyna mieć w ciebie wyjebane to czemu uważasz, że twój misiaczek nie będzie miał w ciebie wyjebane po 7 miesiącach?
Są też i takie osoby, z którymi można mieć wojnę (nie raz, nie dwa, nie osiem) porównywalną do obecnej wojny o ropę, a i tak zawsze znajduję się drogę powrotną. Po takim oczyszczeniu kręgosłupa i wyrzyganiu sobie każdej samogłoski i spółgłoski ta przyjaźń przechodzi na wyższy poziom (zupełnie coś innego niż normalna przyjaźń z normalną osobą). I wiesz, że możesz cały tkwiący w tobie jad wylać na tą osobę, bo zrobi to tylko spustoszenie na ów osobie a nie na całej reszcie świata, ale jesteś też świadomy tego że w nawet najmniej spodziewanej chwili będziesz służyć tym samym.
Myślę, że po prostu nie ma co się spuszczać nad innymi ani użalać nad sobą. Ludzie zawsze będą przychodzić i odchodzić. I zawsze powinno się wykazywać zainteresowanie bliskim osobą, ale też tylko do pewnego momentu. No bo jeżeli przy 10 razie próby wyciągnięcia kogoś, chociażby na spacer, kończą się fiaskiem to czy nie lepiej po prostu sobie odpuścić? I albo ów osoba sama ogarnie dupsko albo no coż...
Ostatnio coraz częściej widzę na fejsie, twitterze i gdzie się da, że ludzie w związkach narzekają na swój "stan cywilny".
Oczywiście aura mistycyzmu musi pozostać więc nikt nie uchyli rąbka tajemnicy cóż to za straszne dramaty dzieją się w raju. Można liczyć tylko na ogólnikowe posty w stylu "Faceci są do bani", "Pierdol miłość! " czy moje "ulubione": "Jebać wszystkie szmaty!" (nie wiem skąd i dlaczego mam takich znajomych...). "Straszne", że po paru tygodniach, miesiącach facet odkrywa że jego kobieta puszcza gazy, a dziewczyny są zaskoczone że "misiaczek" nie chce z nimi oglądać kolejnego odcinka "M jak Miłość" ("Przecież zawsze ze mną oglądał! ") i woli w końcu wyjść na piwo albo mecz obejrzeć z kumplami.
Tak to moi drodzy bywa, gdy się zawiązuje swoje życie wokół partnera (-ki), klapki na oczach i nic poza nim/nią. Przecież spodobaliście się sobie nie dlatego że byliście swoimi sobowtórami, cieniami lecz wręcz przeciwnie. Dajcie sobie trochę przestrzeni i zaufania.
I niestety, ale ludzie nie są stworzeni do monogamii. Szczególnie mężczyźni. To już leży gdzieś głęboko w DNA - wszystko kręci się wokół "przetrwania gatunku" a nie wokół uczuć. Więc to że czasami instynkt jest silniejszy od własnej woli (szczególnie po alkoholu) - I blame it on the DNA ;)
Więc ej, trochę więcej optymizmu y'all!
Kluczem jest nie żyć i uszczęśliwiać innych lecz najpierw spełniać swoje potrzeby i pragnienia (ale w tym wszystkim nie być egoistą i/lub egocentrykiem) a dopiero na drugim miejscu brać pod uwagę całą resztę ;)
A jeżeli nie potrafisz żyć bez innych osób czy "tylko" bez swojej "Drugiej Połówki" - przejdź się do schroniska i sprawdź ile radości potrafi ci przynieść (i psiakowi) zwykły, bezinteresowny spacer.
Całkiem najs. Co prawda nie lubię tego typu filmów, ale zrobiłam to dla Bradleyka xD
Najbardziej mnie tylko wkurzała postać jego żony, która po prostu nie kumała że facet normalnie zabija ludzi (czasami też kobiety i dzieci) i że ma teraz trochę nasrane w głowie i potrzebuje czasu. Głownie dla samego siebie, aby się z tym wszystkim uporać.
Ale ogólnie film niezły. Ciekawe było, że ten drugi snajper był suma sumarum podobny do głównego bohatera.
Ale... Kolejne życiowe pytanie, którego nie potrafię ogarnąć to dlaczego ludzie zgadzają się walczyć dla kogoś? Przecież to nie taki Kowalski pożarł się o ropę (czy o co tam, od wyboru do koloru) z Ahmadem, tylko przywódcy ich krajów. Więc dlaczegoby nie dać właśnie ów przywódcom broni/miecza/łuku/rękawic bokserskich/etc. i niech sami między sobą rozwiążą swoje spory? Dlaczego tyle NIEWINNYCH ludzi, którzy w większości mają w dupie tą całą wojnę i powody dla których ona jest, musi umierać (zostać zamordowanych) skoro to nie ich wojna? Ja wiem, że właśnie od tego "Wielcy Przywódcy" mają swoich ludzi (wojska, agenci itp) ale serio? Brak im jaj, aby wyjść Jeden Na Jednego i załatwić to między sobą? Kurwa. Ludzie umierają z głodu, z powodu chorób na które nie mają pieniędzy aby się wyleczyć, zakażeń itp itd a miliardy (o ile nie biliony) pieniędzy są wydawane na wojny. Aby duzi chłopcy mieli super wypasione zabawki do swojej gry.
Fakt, napewno wszyscy "znawcy" i znawcy uważają, że film jest do bani, że fabuła do kitu, że wiele rzeczy jest bez sensu etc.
Ja osobiście muszę powiedzieć, że to pierwszy film od dawna, który wywołał u mnie gęsią skórkę. (to, że pare razy miałam szklanki w oczach to inna bajka). Szkoda, że niektóre wątki nie zostały bardziej rozwinięte, bo fizyka akurat bardzo mnie interesuje i teraz (dobrze, że jutro mam wolne) spędzę pewnie pół nocy na internecie czytając o tym i owym.
Ale suma sumarum WOW.
A poza tym, przecież wiadomo, że Ziemia w końcu zacznie likwidować ludzkość. W końcu jesteśmy dla niej największym pasożytem. Ludzie wymyślili sobie, że Ziemia jest ich bo na niej żyją i że mogą z niej czerpać ile chcą. Z zasobów naturalnych takich jak woda, minerały, gleba, rośliny czy zwierzęta, ale że też mogą to robić bezprawnie. Wycinając setki hektarów lasów, zabijając zwierzęta (niestety, często z okrucieństwem, dla własnej zabawy) nie tylko dla jedzenia, ale często dla "dekoracji"(siebie, domu etc.). Pośród wszystkich organizmów, tylko ludzie potrafią być okrutni i zadawać cierpienie innemu organizmowi just for fun. Prawie codziennie czytam o tym jak bestialsko LUDZIE obchodzą się ze zwierzętami i wtedy aż mi wstyd że jestem człowiekiem. Wiem, głupie to stwierdzenie, ale świadomość tego, że należymy do tego samego gatunku jest trochę słaba :/
Anyway, ani mnie, was, naszych dzieci czy prawnuków raczej jeszcze nie spotka zagłada, ale jakby coś, to ja chętnie poddam się hibernacji. Z Lejlą. I z książkami.
W tym roku wydarzyło się wiele szalonych rzeczy. A przyszły, 2015, nie zapowiada się aby był spokojniejszy - wręcz przeciwnie.
Zmiana pracy,
Nowe auto,
Nowy rower,
Waga w górę, waga w dół,
Przyjaciele u których tymczasowo (mam taką nadzieję) została wciśnięta "Pausa",
Nowi przyjaciele,
I ci, u których został włączony "Restart".
Nowa/była odkryta część rodziny,
Usunięci/zablokowani/odblokowani ex, znajomi na fejsie,
Spotkanie z byłymi - chwilowe i dłuższe,
Przelotne romanse,
Wesela,
WAKACJE W GRECJI,
i na szczęście brak złamanego serce (... yyy... czego?)
Był to rok zmian. Dużych zmian. Niekoniecznie korzystnych czy przyjemnych, ale napewno potrzebnych.
Będąc tą samą osobą, którą byłam jeszcze w 2013r., nie byłabym w stanie stawić czoła roku 2015. A będzie się działo i to dużo.
Oczywiście jest wiele rzeczy (/osób), których żałuję że wydarzyły się w taki a nie inny sposób, że nie potoczyły się tak jak miały czy po prostu ot tak. Lecz to, właśnie były te prawie niezauważalne momenty, gdy coś wewnątrz mnie się zmieniało. A nie raz bolało jak cholera i trzeba było wtedy jeszcze mocniej zacisnąć zęby i przeć do przodu. I dałam radę. Bo "co mnie nie zabije to wzmocni", prawda?
I dzięki Bogu, obyło się u mnie bez pogrzebów a za to z nowymi dzieciaczkami (narodzonymi bądź poczętymi).
Tak więc znam tylko zarys przyszłego roku, a co dokładnie będzie - tego nie wie nikt. Mam tylko nadzieję, że równie dobrze dam sobie radę z przeciwnościami losu i że mimo wszystko, ci co byli (nawet będąc na "Stand by'u") nadal pozostaną.
A Wam wszystkim życzę abyście przestali się przejmować tym, co ludzie powiedzą i co od Was oczekują, a zaczęli realizować to, czego Wy tak naprawdę chcecie i mieli odwagę faktycznie podjąć kroki w tym kierunku wraz z napływającą krytyką. Bo z doświadczenia wiem, że
lepiej zmoknąć, ale dotrzeć do celu aniżeli stać i czekać na słońce, które może nadejść gdy będzie już za późno
I widać, że to wszystko mieszka w jakieś dziurze gdzie "Nie odmówisz pacierza wieczorem to PÓJDZIESZ DO PIEKŁA!!!!!!".
A sprawa wygląda tak: Jakaś dupa napisała list do swojego nienarodzonego "Małego Czegoś" przed aborcją. W sumie wzruszający (niby). Że srutututut gacie z drutu, i życzę ci wszystkiego co najlepsze, ale na chwilę obecną jest zbyt zły moment abyś przyszło na świat więc nie mogę narazie być twoją mamą ani ty moim dzieckiem. Nie mogę ci teraz pozwolić przyjść na świat. Nie w ten sposób.
I inne słodkie pierdzioszki. No i ok. Spoko. Niech sobie robi co chce. Jak ma się tasiemca, nowotwór, robaki w dupie czy motylki w brzuchu to jest to nazywane pasożytem. Żyje twoim kosztem i robi ci kuku. A skoro robi ci kuku (albo powstało w wyniku kuku) to trzeba się tego pozbyć.
Tak więc kurwa sory, ale czym innym jest płód jak nie pasożytem?
Miliardy ludzi na tym świecie wpierdala dzień w dzień jajka (a są tam przecież małe martwe płody!), szyneczkę z kurczaczka, kotlecika z małej krówki czy paróweczkę ze ślicznej, malusiej świnki. I to jest kurwa ok? Wielka sapiąca, że kobieta została zgwałcona/jest bardzo chora/śmiertelnie zachorowała/życie jej się zawaliło i została z niczym (i nieraz używała antykoncepcji (100% pewność nie spłodzenia żadnego Czegoś to podwiązanie jajowodów bądź wazektomia) ).
Ale nieeeee.... Lepiej pocisnąć. Pocisnąć po całości. Że się kurwi. Że jest morderczynią. Że jak chce się ruchać to niech zainwestuje w antykoncepcję i/lub ogarnie sobie kalendarzyk. Że nie trzeba było dupy dawać na prawo i na lewo. Że wogóle to jest popierdolona i naiwna jeżeli wierzy w to, że następnym razem gdy zajdzie w ciąże (o ile będzie to dla niej nadal możliwe) będzie to ta sama duszyczka. Że jak już nie chce tego dziecka, to niech odda je do adopcji. I inne takie mądrości życiowe.
A ja się pytam, dlaczego macie prawo oceniać? Skąd czerpiecie wiedzę na temat życia innych osób, aby móc się wypowiadać? Jakiś bóg się tutaj (no dokładnie to pod ów artykułem) wypowiada, że wie iż w następnej ciąży to już będzie inna dusza dziecka (pomijając całą kwestię duszy itp itd, ale przypuszczalnie... To teraz co? Te wszystkie dusze zaborcjonowanych (nie ma takiego słowa. Sama je wymyśliłam) dzieci zostaną wiecznie potępione albo nigdy nie będą miały okazji pożyć?) i że dupa jest naiwna, jeżeli wierzy że będzie jej dane spotkać się następnym razem z "Małym Czymś". (Jak takim wszechwiedzącym bogiem jesteś, to zajmij się jakimiś wojnami, epidemiami czy coś.) Albo co? Lepiej oddać je do sierocińca. Jaaasne. A ktoś wogóle wie ile trzeba się napocić aby móc adoptować dziecko? I że i tak w końcowym etapie można tego dziecka nie "otrzymać", bo "Za dużo soli używasz i śmierdzą ci giry". Tak kurwa, zapychajmy sierocińce niechcianymi dziećmi! Niech tam zgniją do 18. roku życia a później spierdalają pod most. Faktycznie, takie życie napewno jest dla nich zajebiste. Albo gdy wiadomo już w okresie płodowym że będzie przez całe życie warzywkiem/patrzało się w sufit/żarło miliardy tabsów dziennie i było podłączone do większej ilości aparatury niż Neo w Matrixie, to TAK! Takie życie jest dla niego najlepsze! Nie ważne jakie, ważne że jest. Albo najlepsze: gdy wiadomo, że matka po porodzie oślepnie, wypadną jej kielony, zgnije noga czy zacznie mówić po rusku, to i tak przecież najważniejsze jest życie dziecka! A to, że ty będziesz miała -12456765 do sprawności to chuuuuuj tam! Dasz sobie radę kochana :)
Nie mówię, że aborcja jest dobra. Bo jest zła. I pod względem moralnym (ktoś kiedyś się zastanawiał, co te kobiety muszą wogóle przechodzić?!) i pod względem zdrowotnym (nieraz się zdarza, że niestety ale to była twoja ciąża). A w Anglii to wiele tych tępych cip, które ma antykoncepcję za darmo, traktuje aborcję jak antykoncepcję. Bo to tępe dzidy były...
Ale wracając, aborcja dobra nie jest, ale nikt, tak dosłownie NIKT nie ma prawa oceniać ani osądzać kobiet, które się na to decydują. A jeżeli już chcesz, to może poczytaj trochę książek, artykułów, wywiadów i gdy już będziesz miał jako taką wiedzę na ten temat, to zachowaj to dla siebie.
*Fajna, ładna jest ta czcionka, tylko szkoda że nie ogarnia polskich znaków (ja też nie). Smuteczek #crymeariver
Tym razem totalny misz-masz. To tylko minimalne zwizualizowanie* tego burdelu, który mam w głowie.
Czasami trzeba pewnym osobom, rzeczom, emocjom i przyzwyczajeniom po prostu odejść.
Usunąć zdjęcie ex z telefonu/fejsa, "zrezygnować" z przyjaciół, którzy wprowadzają tylko złe rzeczy do naszego życia, odpuścić sobie złość, ból, cierpienie i tęsknotę czy zwyczajne obżeranie się chipsami na koniec dnia.
Coś/ktoś do kogo/czego jesteśmy przyzwyczajeni w pewnym momencie staje się częścią naszego życia. Lecz w momencie gdy ów "sprawa" (nazwijmy to tak ogólnikowo) z tej pozytywnej rzeczy staje się jedną z najgorszych i najbardziej toksycznych - nie ma innego wyjścia jak po prostu odpuścić. Wszystko w celu "lepszego Jutra" czy jakoś tak. Pitu pitu, ale niestety taka prawda jest. Lecz prawdą jest też to, że trzeba to zrobić po swojemu, w swoim czasie. Co z tego, że rodzina, przyjaciele i znajomi mówią ci, że TAK POWINIENEŚ ZROBIĆ DLA WŁASNEGO DOBRA skoro to nie oni mają nauczyć się żyć bez "sprawy" tylko ty. Jedni potrafią z dnia na dzień przejść z tym do porządku dziennego, inni potrzebują baaardzo dużo czasu aby chociaż w minimalny sposób nauczyć się z brakiem "sprawy" żyć.
Wogóle jakoś chyba czas przestać słuchać wszystkich dookoła co za "mądre i życiowe" porady dla nas mają. Przecież każdy jest inny i przeżywa życie w inny sposób.
Pracowałam w archiwum, to źle i niedobrze bo na "zleceniówce". Wróciłam do pracy w kawiarni, to źle i niedobrze bo "takie a takie godziny pracy" i "znajdź prawdziwą pracę" - ciężko było zrezygnować z archiwum, bo "oni mnie tam potrzebują" ale szkoda że nie przekładało się to na wysokość wypłaty. A praca w kawiarni (może pewnego dnia przerzucę się na pub?) sprawia mi po prostu przyjemność. End of story.
Ponad pół roku zajęło mi dojście do siebie po rozstaniu, ale przynajmniej nauczyłam się być szczęśliwa jako singiel. Ależ oczywiście, że już na drugi dzień mogłam wpaść w ramiona pierwszego, lepszego, który był pod ręką byleby "zapomnieć" i takie tam. I wszyscy (poza mną) byliby zadowoleni. Ale gdybym nie przeszła przez to, przez co musiałam, nie byłabym dzisiaj tym kim jestem.
Co mnie obchodzi to, że ludzie uważają iż ruda dziewucha słuchająca Linkin Park czy Limp Bizkit nie pasuje do różowego, "przesłodkiego" roweru? Ludzie uwielbiają żyć według ogólnodostępnych porad i opinii, bo tak jest po prostu bezpieczniej, a próbowanie dostosować się do obecnej sytuacji nie według tego, "co inni by zrobili" czy "jak według innych to powinno być załatwione" a według tego jak się czuję że ów coś powinno być załatwione jest już czymś nienormalnym, wynaturzonym.
To że jesteś osobą wierzącą (w COŚ) ale nie chodzisz co niedzielę rzucać na tacę - robi z ciebie bezbożnika. To że może nawet codziennie lubisz sobie wypić piwko po pracy (bo niektóre profesje potrafią wypruwać z człowieka flaki dzień w dzień) ale jak nie wypijesz to świat nagle nie staje w płomieniach - robi z ciebie alkoholika. To że właśnie dostałeś wypłatę, ale nie dasz małej brudnej cygance chociaż złotówki - robi z ciebie osobę bezduszną, bez serca.
Przykładów takich jest tysiące, a ludziom tak łatwo i przyjemnie przychodzi ocenianie innych. Więc tak, mam w to wyjebane. I na każdą z "mądrych rad" mam równie mądrą ripostę. Oczywiście można wyrażać własne zdanie - jak najbardziej! Nie raz ów opinie pomagają znaleźć drogę do właściwego, WŁASNEGO rozwiązania. Gorzej po prostu, gdy ktoś dobrze-tobie-życzący OCZEKUJE od ciebie postąpienia według jej/jego rady. "Bo tak mówi zdrowy rozsądek".
Nie jest łatwo pozwolić odejść temu co kiedyś było miłe, łatwe i przyjemne, ale skoro "było" to znaczy, że już nie jest. A skoro nie jest, to po co marnować na ów "sprawę" czas i nerwy? Tylko trzeba samemu na to wpaść i znaleźć wyjście z tego (zazwyczaj nad wyjściem ewakuacyjnym jest taka zielona tablica)
Więc chyba najbardziej to trzeba pozwolić odejść tym wszystkim sztywnym schematom, regułom. Zostały one "stworzone", żeby mieć do czego się odwoływać, na czym podpierać, lecz przecież życie nie jest czarno-białe, prawda? W końcu niektórzy potrafią rzygać tęczą ;)
* zwizualizować - spróbuj to powiedzieć tak bardzo na pijaku ;]
Nadchodzą wyboru do europarlamentu. Nie wiem dokładnie co, gdzie, jak i kiedy, bo szczerze? I tak nie mam zamiaru głosować. Ale z racji, iż ów wybory walą do mnie ze wszystkich stron, postanowiłam przejrzeć naszych polskich kandydatów. I tak oto przejrzałam życiorysy 51 kandydatów. Nie obchodziło mnie z jakiej partii, w jakim wieku etc. Tylko wykształcenie. I tak oto mamy do wyboru (tytuły i/lub kierunki):
inżynier mechanik
archiwista
ekonomista
marketing
medycyna
akademia rolnicza
dziennikarstwo
ochrona środowiska
inżynier budownictwa
magister socjologii
inżynier zootechnik
budowa maszyn
zarządzanie i marketing
elektronika
filozofia i politologia
szkoła teatralna
prawo i administracja
filologia angielska
psychologia
najlepsze: ŻYCIORYS NIEDOSTĘPNY ("nie ważne co umiem, co wiem - głosuj na mnie")
(i 49 osób powtarza w/w wykształcenia)
Seriously? To na co nam studia takie jak np "Stosunki międzynarodowe" czy "Europeistyka"? Żeby móc popierdalać w Mc Donaldzie? Czy np taki aktor, albo inżynier budownictwa wie na czym polega różnica między "azylem terytrialnym" a "azylem dyplomatycznym"? Na czy, polegała Doktryna Nixona lub Sonnenfelda? Co oznacza skrót IAEA, ABM, SALT, START, CFE czy ISAF lub INF? Kiedy, kto i o co kaman oraz skutki Traktatu ABM lub z Maastricht? To ja studiowałam "Stosunki międzynarodowe" przez ponad rok (sory, za dużo historii i teorii - jednak wolę praktykę) i pewnie gdybym je skończyła, to mniej lub więcej, ale znałabym podstawową historię danych państw i ich relacje z innymi państwami i ów taki ktoś, o niebo lepiej nadawałby się do tego całego Europarlamentu niż "Jest o mnie głośno, wszyscy mnie znają, jakieś tam studia ukończyłem/-am ale tak ogólnie to jestem AWESOME! więc lepiej postarajcie się abym dostał (-a) się, bo nic mi się nie chcę robić a zajebiście za nicnieróbstwo płacą. Z waszym podatków, LOOSERS!"
Najzabawniejsze? Na tej całej oficjalnej stronie, gdzie są podane życiorysy ów kandydatów, nigdzie, ale to NIGDZIE nie jest napisane jakie (i czy wogóle jakiekolwiek) języki obce ów kandydaci znają. Ok, teoretycznie urzędowymi jezykami w Europarlamencie są wszystkie języki, ale np podchodzi do ciebie taki europoseł z Francji lub ze Szwecji, bo chce z tobą wyskoczyć na piwo (czy coś) a ty "eeee.... sori, sori" i wołasz swojego tłumacza, żeby najpierw wytłumaczył ci czego ten ziomuś od ciebie chce, a potem aby poszedł z wami (oczywiście jemu pić ani zabawić się nie wolno) bo nie wszystko da się przetłumaczyć językiem ciała. Jak dla mnie, trochę słabe i żałosne.
W związku z czym "rzuciły" mi się w oczy dwie kandydatury:
Dlaczego? Bo pani Jazłowiecka ma skończone ciekawe kursy i szkolenia jak np. stosunki międzynarodowe, program stypendialny Georgetown University, letnie szkolenie w zakresie regionalnego zastosowania programów UE, Zgromadzenie Regionów Europejskich, Turyngia, Germany Interregional, Transnational and Crossborder Co-Operation czy Międzynarodowy Program Współpracy Rządu Japonii. Co prawda, nie mogłam (albo po prostu nie chciało mi się zagłębiać w odchłań i Internetu) znaleźć informacji jakie języki zna p. Jazłowiecka, ale organizuje (nie wiem czy ona sama, czy tylko jej nazwisko się liczy - don't care) konkurs dla gimnazjalistów: " "Pokaż Język: I know I can". Zaśpiewaj w NCPP i wygraj wyjazd do Brukseli!" czy też wakacyjny kurs języka angielskiego, francuskiego i włoskiego. Więc coś takiego? Jestem na tak.
Pan Kamiński z koleii ma licencjat z Wyższyj Szkoła Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki, politologia-dyplomacja. I już mamy o czym rozmawiać. Znaczy się on wie o co kaman.
Więc co do tego pana już chyba nic więcej nie muszę dodawać.
Ale smutne, że na 51 kandydatów z Polski, wybrałam tylko dwójkę, która wg mnie ewentualnie się nadaję. I to nie pod względem partii, działalności itp itd, ale faktycznej WIEDZY. A patrząc na naszych rządzących to naprawdę rarytas...
Myślę, że poza kwestią tego jak męsko mężczyźni wyglądają z brodą, to chyba też jest coś w podświadomości. No na logikę: skoro facet bez problemu może zapuścić brodę, to znaczy że ma dużo testosteronu w organizmie. A wtedy to już zaczynają działać instyynkty. Dużo testosteronu? Czyli (w większości przypadków) facet jest odważny, zdecydowany, śmiały, pewny i niezależny (a ciężko teraz znaleźć mężczyznę, który utrzymuje się sam - nie na garnuszku u rodziców). Oczywiście jest też i fizyczna strona: duży popęd seksualny (nie będzie marudzić, że chcesz się kochać trzy razy dziennie) oraz typowo prokreacyjna: zdrowe plemniki - ewentualne potomstwo ma większą szansę na bycie zdrowym. Ale głównie to chyba po prostu każdy facet z zarostem (zarostem = brodą, a nie z jakimś ciotowatym wąsikiem) wygląda jak swoja lepsza wersja x100 i po prostu wygląda mężniej - co w obecnych czasach jest ważne, bo coraz częściej są problemy z rozkminieniem czy ów mężczyzna jest gejem, metroseksualny czy suma sumarum czysto hetero. Więc lepiej, łatwiej, szybciej i wygodniej jest interesować się brodatymi - nie trzeba zgadywać bo to raczej oczywiste ^^
A najważniejsza kwestia? Ok, z początku trzeba się przyzwyczaić, bo np całując się, skóra wokół warg jest delikatna i po takim "pierwszym razie" jest podrażniona. Ale gdy kobieta już się przyzwyczai... ;]
Tak. Nie ma lepszych mężczyzn niż ci z zarostem (zadbanym oczywiście, a nie jak u jakiegoś menela z pod bramy) bo są seksowni i z dużą dawką testosteronu (if you know what I mean). Dodać do tego jeszcze średniej długości włosy (może być jak na zdjęciu obok - byleby było za co chwycić) i nawet przysłowiowej "wisieńki" już nie potrzeba. ;]
Gorzej, gdy ów hormonu jest za dużo, bo wtedy facet gania z liska, na łanię, z łani na króliczka i tak dalej, ale to już zupełnie inna historia...
Od 29 marca 2014r. w Anglii i Szkocji pary homoseksualne mogą brać ślub. Od 2004r. mogli mieć "Rejestrowany związek partnerski". W Polandii oczywiście nigdzie nie mogą zarejestrować tego, że są razem bo Polska to taki katolicki kraj, a homoseksualiści są "be" i będą smażyć się w piekle.
Ależ oczywiście, bo gwałcący dzieci księża są ofiarami tych szatańskich istot, a dwoje kochających i szanujących się ludzi są wybrykiem natury. To że już w starożytności homoseksualizm był normą nikogo nie rusza, bo przecież "to byli poganie nie znający Boga". No cóż... A co jeżeli w nic się nie wierzy, co z ateistami? Co z nimi się stanie? A no tak, za sam fakt nie rzucania na tacę już spłoną w ogniu piekielnym.
Ja nie wiem co kogo to boli, kto jest czyim mężem/żoną. Bo już nawet nie o samo bzykanie chodzi (primo, heteroseksualne pary też bzykają się tam gdzie chcą - if you know what I mean; secundo, kto komu do sypialni zagląda? Ba! do chałupy?), ale już są komentarze "Ok, niech się hajtają byleby dzieci sobie nie adoptowali, bo skoro sami nie mogą sobie ich "wytworzyć" to dlatego, że to wbrew naturze". O mamo...
To pary, które z powodów zdrowotnych też nie mogą sobie "wytworzyć" dzieci nie mają prawa do adopcji? Bez sensu. Bo skoro, pary które mogą je sobie "wytworzyć" to właśnie robią, to czemu mieliby adoptować? Ok, rozumiem szlachetny cel itp itd, ale adopcja jest bardzo kosztownym i żmudnym procesem, więc dla takiego zwykłego śmiertelnika jest (nazywajmy rzeczy po imieniu) to nieopłacalne.
Dziwne, że jakoś nigdy nie słyszałam o tym, aby "porzucony kochanek oblał żrącym kwasem swojego byłego", albo "zrozpaczona dziewczyna, wymordowała całą rodzinę swojej partnerki, bo nie zgadzali się oni na ich związek". No serio, nigdy. Homoseksualiści, których miałam okazję poznać, to wykształceni i porządni ludzie. Powiedziałabym nawet, że w większości o wiele bardziej wartościowi od tych "normalnych". Więc dlaczego by zabraniać im przywilejów do których mają prawo? Osobiście wolałabym oglądać dwóch gejów dających sobie buziaka w policzek (bo co jak co, ale nie afiszują się ze swoimi uczuciami) niż te wszystkie hetero parki, które na każdym możliwym kroku (w autobusie, na przystanku, w sklepie, w parku, w pubie, na ulicy etc.) dosłownie wchodzą sobie do gardeł i językiem sprawdzają czy płuca są w porządku.
A co do kwestii dzieci? "Och, bo powinno mieć matkę i ojca, a nie dwóch ojców czy nie matki. Wyrośnie na jakiegoś kryminalistę albo gorzej-psychopatę". Straszne w jakich (zacofanych!) czasach przyszło mi żyć. Przecież są miliony dzieci wychowywanych przez jednego rodzica i jakoś żyją. A ile jest ludzi wychowanych w "idealnym domu", gdzie był tatuś, była mamusia, był brat lub siostra (bo jedynaki w większości przypadków są pierdalnięci), był dom z ogrodem i piesek był, i nigdy nie trzeba się było martwić o pieniądze na rachunki a i tak wyrośli z nich popaprani socjopaci. Nie ma idealnego wzorca na to wychowywanie dzieci. Ale faktycznie, "lepiej" aby dziecko wychowywało się w domu, gdzie matka się puszcza na prawo i lewo aby poprawić swoją samoocenę, bo mąż ją leję minimum pięć razy dziennie, ale zapominają o wszystkim jak tylko się nachleją i/lub naćpają, chata jest jedną wielką ruderą bo przecież wszystkie pieniądze jakie dostaną z opieki i zasiłków (bo po co iść do pracy, skoro od państwa można wycyckać kasę) wydadzą na używki, a dzieci chowają się przed nimi po kątach (trójka już rozkłada się w beczkach za chatą) i zjedzą to co uda im się wyżebrać na ulicy lub co spadnie ze stołu.
Ok, może i "trochę" marginesowy, skrajny przykład, ale dosyć powszechny. I co jest najważniejsze? "Że dzieci mają oboje rodziców". No alleluja i chwalmy pana! Jak słyszę tekst w stylu: "Nie ważne, że on pijak i leje mnie codziennie, ważne żeby dzieci miały ojca" to mnie krew zalewa. Bo serio? Lepiej aby dzieci wychowywały się z takimi wzorcami kobiety i mężczyzny, aniżeli z dwoma mężczyznami/kobietami, którzy się kochają, szanują i dają z siebie to co najlepsze? Przecież pary homoseksualne mają znajomych hetero, mają (pewnie w większości przypadków) rodziców hetero więc taki dzieciak będzie też miał przykład jak wygląda związek kobiety i mężczyzny. Nie szalejmy od razu, że dziecko wychowywane w rodzinie homoseksualnej też będzie homoseksualne (a nawet jeżeli to co? Jego sprawa), bo przecież (znowu) większość geji (nie wiem czy dobrze napisałam) i lesbijek wychowywała się w rodzinach, środowisku hetero a i tak "wygrała miłość".
Kiedyś pary "różnych ras" też nie mogły zakładać rodziny. Teraz to normalka. Więc mam nadzieję, że i dla homoseksualistów i to się kiedyś zmieni. A wszyscy ci, którzy mają jakieś wielkie "ale" proponuje aby zajęli się własnym życiem. To trochę tak, jak z oglądaniem seriali: nie podoba ci się? To nie oglądaj, przełącz na inną stację aniżeli mordować się oglądając "ten głupi serial, który nie ma sensu" i wszystkim dookoła na niego narzekać. Nie podoba ci się, to to olej. I tobie będzie lepiej i całej reszcie.
(Uwaga puenta!) Bo i tak już jest wystarczająco dużo hejtu w tym (coraz bardziej tylko internetowym) świecie.
Co to się dzieje na tym świecie? Sytuacja na Ukrainie rozpierdala chyba wszystkich. Prezydent, premier, ogólnie chyba cały rząd skorumpowany bardziej niż Rosja i jedyne o czym myślą i o co dbają to jak najlepiej i najwygodniej zrobić "wokół własnej dupy". Naród nic dla nich nie znaczy. Stawiają się? To trzeba ich wybić. Mamy XXI wiek i władza jak miała w poważaniu to czego chcą poddani, tak nadal ma. Nic się nie zmieniło. Janukowycz nie dość, że dużo obiecywał a nic nie zrobił (zresztą jak to każdy polityk przed wyborami), to jeszcze pogarsza sytuację obywatelów (rosnąca inflacja) i nie ma zamiaru pomóc gospodarce swojego państwa (olewanie Umowy Partnerskiej z UE). Bo? Bo jemu to i tak nic nie robi. On i jego rodzina mają zapewniony dobrobyt i bezpieczeństwo więc po co się spinać? No przecież skoro sam naród głośno i wyraźnie mówi co chce a czego nie chce i jest to zlewane, no to co zrobić? Chcą walczyć o swoje państwo. Niestety, państwo też chce walczyć lecz zamiast ramię w ramię z nimi, to przeciwko nim. Paranoja jakaś. Poznałam parunastu Ukraińców w czasie gdy mieszkałam w Anglii i wiem, że choćby skały srały a mury pękały, to oni ZAWSZE staną za sobą murem. W związku z tym, nie dziwię się im że zamiast wyjechać gdzieś, gdzie jest spokojnie wolą zostać tam, na Ukrainie i walczyć o swój kraj. I życzę im jak najlepiej.
Po powyższym, trafiłam na filmik na fanpage'u 9gag.
W Norwegii, Oslo, przy przystanku autobusowym, zamontowali ukrytą kamerę oraz chłopca bez kurtki. W zimę. I nagrywali reakcje ludzi. Aż się miło robi na sercu oglądając taki filmik po filmiku z Ukrainy. Gorzej gdy się doczyta w jakim celu ów filmik powstał. A został on nagrany po to, aby uświadomić ludzi o sytuacji dzieci w Syrii i zerbać fundusze na dziecięce wioski SOS.
Więc szczerze? Nie ma co czekać na żaden Dzień Sądu Ostatecznego czy coś tam, bo to już faktycznie się dzieje. Doszło do czasów, gdy zwierzęta są bardziej ludzkie od ludzi.
Polecam obejrzeć anime Neon Genesis Evangelion - trochę podobne do tego co się zaczyna dziać na tym świecie
W dziwnych czasach przyszło mi żyć.
W czasach, gdy ludzie nie potrafią żyć bez zainteresowania drugiej osoby.
Po co ten facebook, twitter, instagram itp itd? Niestety, ale większa część społeczeństwa nie potrafi normalnie funkcjonować. ( W Rosji nawet przeprowadzili 8h eksperyment na dzieciakach 12-18. Z 68 osób "przetrwało" 3 ) Jestem w restauracji: Obowiązkowo fotka na Instagram musi pójść + "Zameldowanie się" na fb + krótki komentarz na Twitterze. Mam nowego partnera/partnerkę: Trzeba ustawić sobie status na fb oczywiście wraz ze wspólnym zdjęciem, no i oczywiście albo w zdjęciu profilowym wspólne dziubki, bądź lepiej - ustawić sobie zdjęcie nowej miłości jako tło. "Niech cały świat podziwia naszą miłość". Kobiecie odeszły wody porodowe? - starczy jeszcze czasu aby poinformować o tym na twitterze. Pierwszą kupkę dziecka trzeba szczegółowo opisać na fb. Zresztą tak samo jak wizytę u lekarza, każdą kłótnię i niezapłacone rachunki. (Pisałam o tym tutaj -> Powiedz i pokaż W S Z Y S T K O )
Nikt nie zalajkował ani nie skomentował? Nic się nie stało. Zawsze można usunąć i dodać ponownie w godzinach szczytu, gdy większość społeczeństwa właśnie wróciła ze szkoły/uczelni/pracy.
Ale... Nie tylko w świecie internetu tak to wygląda. Na żywo jednak wcale nie jest lepiej. Coraz ciężej (chyba) ludziom ciężko spędzać czas z samym sobą. Dzień bez otrzymania od kogoś wiadomości/telefonu, czy też zobaczenia się z kimkolwiek, to dzień stracony. Trudno trochę w tym wszystkim oddychać.
I później powstają chore związki, relacje międzyludzkie, gdzie jednostka uzależnia się od innych jednostek. Przykład? Byłam parę dni temu u fryzjera. W pewnym momencie fryzjerka pyta: "Nie będzie w domu awantury o to?". Że proszę, słucham co? Z jakiej racji ktokolwiek miałby mi dawać pozwolenie na to jak żyję, z kim żyję i w jaki sposób żyję? Czy to że z długich blond włosów przeszłam na krótkie czarne zmienia moją osobowość, mój charakter? Czy to że ze szpilek i garsonek przejdę na glany i spodnie zmienia moje podejście do świata i społeczeństwa? W skrajnych przypadkach pewnie i tak, ale do jasnej cholery dlaczego miałby mi ktoś dawać na to pozwolenie? To że facet stwierdzi, że bardziej woli gdy mam długie rozpuszczone włosy nie oznacza, że będę wiecznie w takiej fryzurze chodzić (serio, jakoś zupa z włosami mnie nie kręci). To, że przyjaciółka stwierdzi, że "ta sukienka cię pogrubia" nie oznacza, że wyrzucę ją na śmietnik i nigdy więcej nie założę chociaż mi się podoba. To, że rodzice uważają że "nie ważne jakie studia, ważne aby było wykształcenie wyższe" nie oznacza, że polecę na łeb na szyję na uczelnie (i co? zmarnować kilka lat swojego życia na coś co pewnie i tak mi się nie przyda?) ? No nie.
Nie mówię, że nie uczestniczę w tym całym internetowo-społecznym cyrku, ale staram się jak najbardziej minimalizować to wszystko. Moje życie więc chcę je przeżyć po swojemu. Z kim chcę i jak chcę. Zmarnowanego czasu mi nikt nie odda a za źle podjęte decyzje JA (i nikt inny) będę ponosić konsekwencje. I naprawdę nie potrzebne jest do życia pozwolenie i aplauz innych. Ani nawet opinia. Miło jest z kimś się przejść, wypić coś, pogadać, pośmiać się, pomarudzić, czy po prostu obejrzeć film. Ale nie potrzeba tego 24/7. Trzeba dać sobię trochę przestrzeni do działania, trochę powietrza do oddychania. Bo gdzie jest sens bycia niewolnikiem drugiej osoby?