sobota, 28 lutego 2015

The fault in our stars.

Film, który mnie zagiął.

Fakt, napewno wszyscy "znawcy" i znawcy uważają, że film jest do bani, że fabuła do kitu, że wiele rzeczy jest bez sensu etc.
Ja osobiście muszę powiedzieć, że to pierwszy film od dawna, który wywołał u mnie gęsią skórkę. (to, że pare razy miałam szklanki w oczach to inna bajka). Szkoda, że niektóre wątki nie zostały bardziej rozwinięte, bo fizyka akurat bardzo mnie interesuje i teraz (dobrze, że jutro mam wolne) spędzę pewnie pół nocy na internecie czytając o tym i owym.
Ale suma sumarum WOW.

A poza tym, przecież wiadomo, że Ziemia w końcu zacznie likwidować ludzkość. W końcu jesteśmy dla niej największym pasożytem. Ludzie wymyślili sobie, że Ziemia jest ich bo na niej żyją i że mogą z niej czerpać ile chcą. Z zasobów naturalnych takich jak woda, minerały, gleba, rośliny czy zwierzęta, ale że też mogą to robić bezprawnie. Wycinając setki hektarów lasów, zabijając zwierzęta (niestety, często z okrucieństwem, dla własnej zabawy) nie tylko dla jedzenia, ale często dla "dekoracji"(siebie, domu etc.). Pośród wszystkich organizmów, tylko ludzie potrafią być okrutni i zadawać cierpienie innemu organizmowi just for fun. Prawie codziennie czytam o tym jak bestialsko LUDZIE obchodzą się ze zwierzętami i wtedy aż mi wstyd że jestem człowiekiem. Wiem, głupie to stwierdzenie, ale świadomość tego, że należymy do tego samego gatunku jest trochę słaba :/

Anyway, ani mnie, was, naszych dzieci czy prawnuków raczej jeszcze nie spotka zagłada, ale jakby coś, to ja chętnie poddam się hibernacji. Z Lejlą. I z książkami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz