Jak się okazuje, wiele przyjaźni opiera się na alkoholu/kofeinie. Nie ma wspólnego piwka, kawusi, imprezki - nie ma powodu ani potrzeby aby gadać. Bo niby o czym? O życiu, pracy, diecie, kupie, problemach trzeciego świata? Tuż to takie przyziemne. I nagle wraz z rosnącą odległością maleje bliskość.
Albo zmiana statusu. Oboje przyjaciół jest w związkach to fajnie, bo przecież podwójne randki, zrozumienie gdy przyjaciel narzeka na swoją "drugą połówkę" i takie tam. Albo przeciwna sytuacja: Dwa single, wspólnie podbijające miasto i nie raz robiące za "wing mana" drugiego. I wszystko szlak trafia gdy jedna z tych osób zmienia swój status na przeciwny. No bo jak parka ma iść na podwójną randkę z singlem? A może jeszcze będzie chciała odbić mi faceta? Albo będzie cały czas ryczeć, że tamten ją rzucił i DLAAACZEGOOOOOO???!!! Bądź wspólne strzelanie na strzelnicy stanie się nowym miejscem do miziania dla papużek i ogólnie to sory, ale nie mogę iść z Tobą na ten całonocny maraton filmowy który planowałyśmy już od paru miesięcy bo Misiek robi mi dzisiaj kolację (tak jak i wczoraj, jutro i za tydzień). I jakoś tak z czasem braknie czasu na tego przyjaciela, który zawsze "był pod ręką" i robiło się tyle rzeczy razem TAK DŁUGO JAK status społeczny był taki sam.
Jeszcze są ci, co jak zwróci się im uwagę co do danej aktywności w ich życiu (można coś zrobić lepiej/prościej/taniej/bezpieczniej/inaczej/nie robić wogóle) to obrażają się na ament i sru. "Bo ty się nie znasz!". Żadnej konwersacji nie nic. Przyjęcie do wiadomości Twojego punktu widzenia na daną sprawę, foch z przytupem i odejście w siną dal. Bo skoro nie akceptujesz mnie w 100% od A do Z to nie mamy o czym rozmawiać.
No i są też tacy, co oczywiście zabiegani, zalatani po same pachy, że przez 119h w tygodniu (odejmując już 7h na sen) nie potrafią znaleźć 15-20 minut aby napisać co u nich/odpisać czy chociaż poskajpajować. A no tak. W połączeniu z powyższymi to już wogóle czyn ponad ludzkie siły. XXI wiek taki zacofany.
Ale są też (na szczęście) i takie istotki, które dopiero pomimo powyższych, zaczynają rozkwitać i pokazywać, że są naprawdę fajnymi osobami. I mniej lub bardziej, ale służą poradą/zdaniem/opinią/opisem swojej kupy gdy tego najbardziej potrzebujesz.
I dlatego nie rozumiem jak można oczekiwać od swojego partnera, że zostanie na zawsze, wszędzie i pomimo wszystko, skoro przyjaciele nie potrafią? Fakt. Jest to inny rodzaj relacji międzyludzkiej, ale podstawy są te same. Więc jeżeli np przyjaciel po 15 latach znajomości zaczyna mieć w ciebie wyjebane to czemu uważasz, że twój misiaczek nie będzie miał w ciebie wyjebane po 7 miesiącach?
Są też i takie osoby, z którymi można mieć wojnę (nie raz, nie dwa, nie osiem) porównywalną do obecnej wojny o ropę, a i tak zawsze znajduję się drogę powrotną. Po takim oczyszczeniu kręgosłupa i wyrzyganiu sobie każdej samogłoski i spółgłoski ta przyjaźń przechodzi na wyższy poziom (zupełnie coś innego niż normalna przyjaźń z normalną osobą). I wiesz, że możesz cały tkwiący w tobie jad wylać na tą osobę, bo zrobi to tylko spustoszenie na ów osobie a nie na całej reszcie świata, ale jesteś też świadomy tego że w nawet najmniej spodziewanej chwili będziesz służyć tym samym.
Myślę, że po prostu nie ma co się spuszczać nad innymi ani użalać nad sobą. Ludzie zawsze będą przychodzić i odchodzić. I zawsze powinno się wykazywać zainteresowanie bliskim osobą, ale też tylko do pewnego momentu. No bo jeżeli przy 10 razie próby wyciągnięcia kogoś, chociażby na spacer, kończą się fiaskiem to czy nie lepiej po prostu sobie odpuścić? I albo ów osoba sama ogarnie dupsko albo no coż...
- A mnie mama urodziła w całości -

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz