wtorek, 14 października 2014

"Won do piekła kurwo wściekła!". Czyli trochę o aborcji (och, to nadal temat tabu?)

Będzie ostro, brutalnie i wulgarnie.
Bo ludzie to ciemne masy. I debile.

A wszystko zaczęło się od tego artykułu:
Woman Posts Heartwarming Letter Before Abortion: "I Love You, Little Thing, and I Wish the Circumstances Were Different" i poszła lawina hejtu.

I widać, że to wszystko mieszka w jakieś dziurze gdzie "Nie odmówisz pacierza wieczorem to PÓJDZIESZ DO PIEKŁA!!!!!!".

A sprawa wygląda tak: Jakaś dupa napisała list do swojego nienarodzonego "Małego Czegoś" przed aborcją. W sumie wzruszający (niby). Że srutututut gacie z drutu, i życzę ci wszystkiego co najlepsze, ale na chwilę obecną jest zbyt zły moment abyś przyszło na świat więc nie mogę narazie być twoją mamą ani ty moim dzieckiem. Nie mogę ci teraz pozwolić przyjść na świat. Nie w ten sposób.
I inne słodkie pierdzioszki. No i ok. Spoko. Niech sobie robi co chce. Jak ma się tasiemca, nowotwór, robaki w dupie czy motylki w brzuchu to jest to nazywane pasożytem. Żyje twoim kosztem i robi ci kuku. A skoro robi ci kuku (albo powstało w wyniku kuku) to trzeba się tego pozbyć.
Tak więc kurwa sory, ale czym innym jest płód jak nie pasożytem?
Miliardy ludzi na tym świecie wpierdala dzień w dzień jajka (a są tam przecież małe martwe płody!), szyneczkę z kurczaczka, kotlecika z małej krówki czy paróweczkę ze ślicznej, malusiej świnki. I to jest kurwa ok? Wielka sapiąca, że kobieta została zgwałcona/jest bardzo chora/śmiertelnie zachorowała/życie jej się zawaliło i została z niczym (i nieraz używała antykoncepcji (100% pewność nie spłodzenia żadnego Czegoś to podwiązanie jajowodów bądź wazektomia) ).
Ale nieeeee.... Lepiej pocisnąć. Pocisnąć po całości. Że się kurwi. Że jest morderczynią. Że jak chce się ruchać to niech zainwestuje w antykoncepcję i/lub ogarnie sobie kalendarzyk. Że nie trzeba było dupy dawać na prawo i na lewo. Że wogóle to jest popierdolona i naiwna jeżeli wierzy w to, że następnym razem gdy zajdzie w ciąże (o ile będzie to dla niej nadal możliwe) będzie to ta sama duszyczka. Że jak już nie chce tego dziecka, to niech odda je do adopcji. I inne takie mądrości życiowe.
A ja się pytam, dlaczego macie prawo oceniać? Skąd czerpiecie wiedzę na temat życia innych osób, aby móc się wypowiadać? Jakiś bóg się tutaj (no dokładnie to pod ów artykułem) wypowiada, że wie iż w następnej ciąży to już będzie inna dusza dziecka (pomijając całą kwestię duszy itp itd, ale przypuszczalnie... To teraz co? Te wszystkie dusze zaborcjonowanych (nie ma takiego słowa. Sama je wymyśliłam) dzieci zostaną wiecznie potępione albo nigdy nie będą miały okazji pożyć?) i że dupa jest naiwna, jeżeli wierzy że będzie jej dane spotkać się następnym razem z "Małym Czymś". (Jak takim wszechwiedzącym bogiem jesteś, to zajmij się jakimiś wojnami, epidemiami czy coś.) Albo co? Lepiej oddać je do sierocińca. Jaaasne. A ktoś wogóle wie ile trzeba się napocić aby móc adoptować dziecko? I że i tak w końcowym etapie można tego dziecka nie "otrzymać", bo "Za dużo soli używasz i śmierdzą ci giry". Tak kurwa, zapychajmy sierocińce niechcianymi dziećmi! Niech tam zgniją do 18. roku życia a później spierdalają pod most. Faktycznie, takie życie napewno jest dla nich zajebiste. Albo gdy wiadomo już w okresie płodowym że będzie przez całe życie warzywkiem/patrzało się w sufit/żarło miliardy tabsów dziennie i było podłączone do większej ilości aparatury niż Neo w Matrixie, to TAK! Takie życie jest dla niego najlepsze! Nie ważne jakie, ważne że jest. Albo najlepsze: gdy wiadomo, że matka po porodzie oślepnie, wypadną jej kielony, zgnije noga czy zacznie mówić po rusku, to i tak przecież najważniejsze jest życie dziecka! A to, że ty będziesz miała -12456765 do sprawności to chuuuuuj tam! Dasz sobie radę kochana :)

Nie mówię, że aborcja jest dobra. Bo jest zła. I pod względem moralnym (ktoś kiedyś się zastanawiał, co te kobiety muszą wogóle przechodzić?!) i pod względem zdrowotnym (nieraz się zdarza, że niestety ale to była twoja ciąża). A w Anglii to wiele tych tępych cip, które ma antykoncepcję za darmo, traktuje aborcję jak antykoncepcję. Bo to tępe dzidy były...
Ale wracając, aborcja dobra nie jest, ale nikt, tak dosłownie NIKT nie ma prawa oceniać ani osądzać kobiet, które się na to decydują. A jeżeli już chcesz, to może poczytaj trochę książek, artykułów, wywiadów i gdy już będziesz miał jako taką wiedzę na ten temat, to zachowaj to dla siebie.


*Fajna, ładna jest ta czcionka, tylko szkoda że nie ogarnia polskich znaków (ja też nie). Smuteczek #crymeariver

poniedziałek, 19 maja 2014

I'm heading for higher ground

Tym razem totalny misz-masz. To tylko minimalne zwizualizowanie* tego burdelu, który mam w głowie.

Czasami trzeba pewnym osobom, rzeczom, emocjom i przyzwyczajeniom po prostu odejść.
Usunąć zdjęcie ex z telefonu/fejsa, "zrezygnować" z przyjaciół, którzy wprowadzają tylko złe rzeczy do naszego życia, odpuścić sobie złość, ból, cierpienie i tęsknotę czy zwyczajne obżeranie się chipsami na koniec dnia.
Coś/ktoś do kogo/czego jesteśmy przyzwyczajeni w pewnym momencie staje się częścią naszego życia. Lecz w momencie gdy ów "sprawa" (nazwijmy to tak ogólnikowo) z tej pozytywnej rzeczy staje się jedną z najgorszych i najbardziej toksycznych - nie ma innego wyjścia jak po prostu odpuścić. Wszystko w celu "lepszego Jutra" czy jakoś tak. Pitu pitu, ale niestety taka prawda jest. Lecz prawdą jest też to, że trzeba to zrobić po swojemu, w swoim czasie. Co z tego, że rodzina, przyjaciele i znajomi mówią ci, że TAK POWINIENEŚ ZROBIĆ DLA WŁASNEGO DOBRA skoro to nie oni mają nauczyć się żyć bez "sprawy" tylko ty. Jedni potrafią z dnia na dzień przejść z tym do porządku dziennego, inni potrzebują baaardzo dużo czasu aby chociaż w minimalny sposób nauczyć się z brakiem "sprawy" żyć.
Wogóle jakoś chyba czas przestać słuchać wszystkich dookoła co za "mądre i życiowe" porady dla nas mają. Przecież każdy jest inny i przeżywa życie w inny sposób.
Pracowałam w archiwum, to źle i niedobrze bo na "zleceniówce". Wróciłam do pracy w kawiarni, to źle i niedobrze bo "takie a takie godziny pracy" i "znajdź prawdziwą pracę" - ciężko było zrezygnować z archiwum, bo "oni mnie tam potrzebują" ale szkoda że nie przekładało się to na wysokość wypłaty. A praca w kawiarni (może pewnego dnia przerzucę się na pub?) sprawia mi po prostu przyjemność. End of story.
Ponad pół roku zajęło mi dojście do siebie po rozstaniu, ale przynajmniej nauczyłam się być szczęśliwa jako singiel. Ależ oczywiście, że już na drugi dzień mogłam wpaść w ramiona pierwszego, lepszego, który był pod ręką byleby "zapomnieć" i takie tam. I wszyscy (poza mną) byliby zadowoleni. Ale gdybym nie przeszła przez to, przez co musiałam, nie byłabym dzisiaj tym kim jestem.
Co mnie obchodzi to, że ludzie uważają iż ruda dziewucha słuchająca Linkin Park czy Limp Bizkit nie pasuje do różowego, "przesłodkiego" roweru? Ludzie uwielbiają żyć według ogólnodostępnych porad i opinii, bo tak jest po prostu bezpieczniej, a próbowanie dostosować się do obecnej sytuacji nie według tego, "co inni by zrobili" czy "jak według innych to powinno być załatwione" a według tego jak się czuję że ów coś powinno być załatwione jest już czymś nienormalnym, wynaturzonym.
To że jesteś osobą wierzącą (w COŚ) ale nie chodzisz co niedzielę rzucać na tacę - robi z ciebie bezbożnika. To że może nawet codziennie lubisz sobie wypić piwko po pracy (bo niektóre profesje potrafią wypruwać z człowieka flaki dzień w dzień) ale jak nie wypijesz to świat nagle nie staje w płomieniach - robi z ciebie alkoholika. To że właśnie dostałeś wypłatę, ale nie dasz małej brudnej cygance chociaż złotówki - robi z ciebie osobę bezduszną, bez serca.
Przykładów takich jest tysiące, a ludziom tak łatwo i przyjemnie przychodzi ocenianie innych. Więc tak, mam w to wyjebane. I na każdą z "mądrych rad" mam równie mądrą ripostę. Oczywiście można wyrażać własne zdanie - jak najbardziej! Nie raz ów opinie pomagają znaleźć drogę do właściwego, WŁASNEGO rozwiązania. Gorzej po prostu, gdy ktoś dobrze-tobie-życzący OCZEKUJE od ciebie postąpienia według jej/jego rady. "Bo tak mówi zdrowy rozsądek".
Nie jest łatwo pozwolić odejść temu co kiedyś było miłe, łatwe i przyjemne, ale skoro "było" to znaczy, że już nie jest. A skoro nie jest, to po co marnować na ów "sprawę" czas i nerwy? Tylko trzeba samemu na to wpaść i znaleźć wyjście z tego (zazwyczaj nad wyjściem ewakuacyjnym jest taka zielona tablica)
Więc chyba najbardziej to trzeba pozwolić odejść tym wszystkim sztywnym schematom, regułom. Zostały one "stworzone", żeby mieć do czego się odwoływać, na czym podpierać, lecz przecież życie nie jest czarno-białe, prawda? W końcu niektórzy potrafią rzygać tęczą ;)


* zwizualizować - spróbuj to powiedzieć tak bardzo na pijaku ;]

czwartek, 1 maja 2014

So you think you know how to govern?

Nadchodzą wyboru do europarlamentu. Nie wiem dokładnie co, gdzie, jak i kiedy, bo szczerze? I tak nie mam zamiaru głosować. Ale z racji, iż ów wybory walą do mnie ze wszystkich stron, postanowiłam przejrzeć naszych polskich kandydatów. I tak oto przejrzałam życiorysy 51 kandydatów. Nie obchodziło mnie z jakiej partii, w jakim wieku etc. Tylko wykształcenie. I tak oto mamy do wyboru (tytuły i/lub kierunki):

  • inżynier mechanik
  • archiwista
  • ekonomista
  • marketing
  • medycyna
  • akademia rolnicza
  • dziennikarstwo
  • ochrona środowiska
  • inżynier budownictwa
  • magister socjologii
  • inżynier zootechnik
  • budowa maszyn
  • zarządzanie i marketing
  • elektronika
  • filozofia i politologia
  • szkoła teatralna
  • prawo i administracja
  • filologia angielska
  • psychologia
  • najlepsze: ŻYCIORYS NIEDOSTĘPNY ("nie ważne co umiem, co wiem - głosuj na mnie")
(i 49 osób powtarza w/w wykształcenia)
Seriously? To na co nam studia takie jak np "Stosunki międzynarodowe" czy "Europeistyka"? Żeby móc popierdalać w Mc Donaldzie? Czy np taki aktor, albo inżynier budownictwa wie na czym polega różnica między "azylem terytrialnym" a "azylem dyplomatycznym"? Na czy, polegała Doktryna Nixona lub Sonnenfelda? Co oznacza skrót IAEA, ABM, SALT, START, CFE czy ISAF lub INF? Kiedy, kto i o co kaman oraz skutki Traktatu ABM lub z Maastricht? To ja studiowałam "Stosunki międzynarodowe" przez ponad rok (sory, za dużo historii i teorii - jednak wolę praktykę) i pewnie gdybym je skończyła, to mniej lub więcej, ale znałabym podstawową historię danych państw i ich relacje z innymi państwami i ów taki ktoś, o niebo lepiej nadawałby się do tego całego Europarlamentu niż "Jest o mnie głośno, wszyscy mnie znają, jakieś tam studia ukończyłem/-am ale tak ogólnie to jestem AWESOME! więc lepiej postarajcie się abym dostał (-a) się, bo nic mi się nie chcę robić a zajebiście za nicnieróbstwo płacą. Z waszym podatków, LOOSERS!"
Najzabawniejsze? Na tej całej oficjalnej stronie, gdzie są podane życiorysy ów kandydatów, nigdzie, ale to NIGDZIE nie jest napisane jakie (i czy wogóle jakiekolwiek) języki obce ów kandydaci znają. Ok, teoretycznie urzędowymi jezykami w Europarlamencie są wszystkie języki, ale np podchodzi do ciebie taki europoseł z Francji lub ze Szwecji, bo chce z tobą wyskoczyć na piwo (czy coś) a ty "eeee.... sori, sori" i wołasz swojego tłumacza, żeby najpierw wytłumaczył ci czego ten ziomuś od ciebie chce, a potem aby poszedł z wami (oczywiście jemu pić ani zabawić się nie wolno) bo nie wszystko da się przetłumaczyć językiem ciała. Jak dla mnie, trochę słabe i żałosne.

W związku z czym "rzuciły" mi się w oczy dwie kandydatury:

Dlaczego? Bo pani Jazłowiecka ma skończone ciekawe kursy i szkolenia jak np. stosunki międzynarodowe, program stypendialny Georgetown University, letnie szkolenie w zakresie regionalnego zastosowania programów UE, Zgromadzenie Regionów Europejskich, Turyngia, Germany Interregional, Transnational and Crossborder Co-Operation czy Międzynarodowy Program Współpracy Rządu Japonii. Co prawda, nie mogłam (albo po prostu nie chciało mi się zagłębiać w odchłań i Internetu) znaleźć informacji jakie języki zna p. Jazłowiecka, ale organizuje (nie wiem czy ona sama, czy tylko jej nazwisko się liczy - don't care) konkurs dla gimnazjalistów: " "Pokaż Język: I know I can". Zaśpiewaj w NCPP i wygraj wyjazd do Brukseli!" czy też wakacyjny kurs języka angielskiego, francuskiego i włoskiego. Więc coś takiego? Jestem na tak. 

Pan Kamiński z koleii ma licencjat z Wyższyj Szkoła Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki, politologia-dyplomacja. I już mamy o czym rozmawiać. Znaczy się on wie o co kaman.
Michał Kamiński biegle włada językiem angielskim, niemieckim i rosyjskim. Posługuje się także ukraińskim, francuskim i hiszpańskim.
Więc co do tego pana już chyba nic więcej nie muszę dodawać.

Ale smutne, że na 51 kandydatów z Polski, wybrałam tylko dwójkę, która wg mnie ewentualnie się nadaję. I to nie pod względem partii, działalności itp itd, ale faktycznej WIEDZY. A patrząc na naszych rządzących to naprawdę rarytas...