niedziela, 10 lutego 2013

O Miłości i "miłości"


On: śpiewa jej serenady pod oknem, pisze wiersze miłosne, kupuje jej kwiaty, biżuterię czy inne cosie
Ona: gotuje mu pyszne obiadki, piecze smakowite ciasta, robi masaż po ciężkim dniu pracy (obowiązkowo w seksownej, koronkowej bieliźnie)
Oni: robią sobie piknik w parku, zajadając się truskawkami z bitą śmietaną, słuchają tej samej muzyki, zawsze mają takie same zdanie, biorą razem prysznic/kąpiel.
I nie daj boże, gdy nie będą spali wtuleni w siebie, tylko (o zgrozo!) „dupami” do siebie – nastąpi koniec miłości!

Tak nam miłość obrazują filmy, książki… A jak to wygląda w rzeczywistości?
Czy naprawdę wyznaniem miłości jest wspólna kąpiel? Nie oszukujmy się, ale póki nie ma się wanny/prysznica min. 2x2 to trochę niewygodnie jest. I zawsze na jedną osobę bardziej leci woda niż na drugą.
Czy naprawdę lepiej „wtulać się” w siebie w łóżku, budząc się całemu obolałemu, czy lepiej po prostu dać sobie buzi na Dobranoc i każdy niech zasypia tak jak mu wygodnie?
Przecież gdy ludzie są mniej lub bardziej różni od siebie, to nie oznacza, że na każdej płaszczyźnie ów różnic muszą się ze sobą kłócić i sprzeczać. W sumie to też zależy od charakterów. Ale chyba rozmowy są wtedy ciekawsze niż:
„- Fajny był ten film.
– Yhm. Ciekawy był.”
Łał. A na starość, gdy już wam się bzykać nie będzie chciało, to będziecie razem spoglądać na pole, bo nic innego wam nie pozostało. A nie ciekawiej by było:
„- Fajny był ten film. (przykładowo film akcji)
- No w sumie… Ale zbyt dużo było w nim opowiadań, retrospekcji i takich tam, a za mało się działo.
- Zgadzam się, ale gdyby cały czas się lali, bite 1,5h to nie wiadomo by było, dlaczego oni w ogóle się leją.”
I tak dalej.
W ogóle jakoś ta cała miłość i romantyczność i związek zostały chyba przekłamane. Czy para, która osobno spotka się ze znajomymi kocha się tylko „trochę”? Przecież dziewczyna musi czasami spotkać się sama z „psiapsiółkami” a facet musi czasami sam z kumplami wyskoczyć na piwo/mecz/koncert. I nie ma w tym nic złego, nawet jeżeli ta druga osoba pozostaje w tym czasie w domu.
Nie zapominajmy, że „zakazany owoc najlepiej smakuje”. Więc jeżeli partner/partnerka będzie chciał/-a skoczyć w bok, to i tak to zrobi. A i tak nikt do nikogo nie należy. Więc idąc razem na imprezę, nie trzeba tylko i wyłącznie ze SOBĄ się bawić. Przecież gdy on zatańczy z jakąś inną (ale nie zupełnie obcą, tylko jakąś znajomą :P ) lub ona zatańczy z innym, to nie oznacza że już cię nie kocha i odchodzi do tej innej/tego innego. Oczywiście, nie liczy się fakt, gdy on/ona zamiast bawić się z tobą woli bawić się z każdym/każdą inną, bo wtedy już jest coś nie tak.

Może chodzi o to, aby czasami móc przełożyć TWOJE potrzeby nad MOJE. Gdy potrzeba to przytulić, albo zostawić w spokoju i pozwolić porobić coś samemu, gdy ktoś strzela focha, to zamiast robić awantury to po prostu dać buziaka albo przytulić? Być, żyć razem, ale pozwolić też na trochę indywidualności, samotności, odrębności. Nie trzeba robić wszystkiego RAZEM, i myśleć, mówić, lubić to samo, żeby się kochać. Przecież osoby będące w związku nie spajają się w jedną całość, tylko nadal są dwoma osobnymi jednostkami, różnymi osobowościami, które z jakiś tam względów chcą być razem ze sobą. Chcą, a nie Muszą. 

2 komentarze:

  1. A co z "cialem astralnym" to juz nie istnieje?

    OdpowiedzUsuń
  2. "ciało astralne" to zbyt ciężki temat jak dla mnie ;p

    OdpowiedzUsuń