wtorek, 23 kwietnia 2013

"... już niemowlęta doznają orgazmów"

Lekcje seksu dla czterolatka - artykuł, który jak widać po komentarzach, wywołał niezłe poruszenie.
I wcale się temu nie dziwię.Na jakieś tam konferencji naukowej, współorganizowanej przez MEN tak oto sobie stwierdzili naukowcy:
 "Już sześciolatek powinien rozumieć pojęcie „akceptowalny seks", a 12-latek potrafić „komunikować się w celu uprawiania przyjemnego seksu"
Że what? W wieku 12 lat, to ja po podwórku biegałam, w dwa ognie grałam, klockami LEGO i lalkami barbie się bawiłam. Nie interesowało mnie jak "komunikować się w celu uprawiania przyjemnego seksu", bo na szczęście nie do końca jeszcze wiedziałam co to jest, po co to jest, ani nawet nie potrzebowałam tego wiedzieć.
Nawiązując do jednego z komentarzy:
"Widać pedofile walczą zajadle o legalizację dewiacji i nawet są w szeregach WHO"
Coś w tym chyba jest. Bo niby dlaczego 6-cio latek miałby rozumieć pojęcie "akceptowalny seks"? W wieku sześciu lat, to chyba dziecko powinno wiedzieć tylko tyle, że chłopcy są troszkę inaczej zbudowani niż dziewczynki, i jeżeli dorosły chłopiec i dorosła dziewczynka będą się mocno kochać, to mogą mieć dzidziusia. Koniec. Nic więcej takie małe dziecko wiedzieć nie powinno.
A później się będą dziwić, że "tyle takich młodych matek jest!" - a czemu by nie? Taki 13-latek, dajmy mu na imię Tomek, uczy się w szkole jak nakładać prezerwatywę (oczywiście prezentacja na bananie, bo jakżeby inaczej). Wraca do domu i ćwiczy, ćwiczy, aż mu się udaję na swojego penisa założyć. No ok. Ale skoro wszędzie mówią, że to takie fajne i przyjemne to dlaczego by nie spróbować? A że Kasia to najlepsza jego koleżanka jest, to napewno też będzie chciała spróbować, to i jak sprawi jej przyjemność, to może i na buziaka będzie mógł liczyć. I co? I Kasię wszystko boli (bo i bez gry wstępnej i bez żadnego nawilżenia - nic), Tomek się przestraszył, że zrobił Kasi krzywdę, bo ona tak mocno płacze, wyrywa się z niej, guma pęka, Kaśka zachodzi w ciąże. I na co to komu?

A bo panowie i panie naukowcy wiedzą lepiej co dla dzieci jest dobre. Nie dość, że rodzice w dzisiejszych czasach nie mają już czasu aby zajmować, bawić się z dzieckiem, bo każde z rodziców pracuje na trzy etaty, więc po prostu włączają im telewizje, albo kupują coraz to nowsze (i często brutalniejsze) gry, to jeszcze w szkołach będą ich uczyć że "seks to sama przyjemność".

Boje się czasów, gdy w końcu sama będę miała dziecko, i co to będzie na tym świecie, gdy ono zacznie chodzić do szkoły.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Zbieraj papier!

Będąc ostatnio w domu, wpadła mi w ręce jakaś gazeta (typu Wyborcza, Głos czy coś w ten deseń), w której był artykuł o oczekiwaniach studentów/świeżych absolwentów wobec przyszłej pracy.
Wasza naiwność nie zna granic. Serio. Bo niby na podstawie czego, student "kierunków technicznych" miałby od razu, w pierwszej pracy dostawać 2900zł na rękę ? (studenci "kierunków humanistycznych" wymyślili sobie 2400zł) Poza tym, maksymalnie po 6 miesiącach powinni już dostać awans lub minimum podwyżkę.
Ludzie, to, że będziecie mieli wykształcenie wyższe o niczym jeszcze nie świadczy. Większość pracodawców wymaga minimum rocznego doświadczenia, a w większości przypadków to i tak oczekują dwu - pięcio rocznego doświadczenia. Więc nawet jeżeli cię przyjmą (jakimś cudem) do jakieś tam twojej wymarzonej pracy bez doświadczenia, to albo za najniższa krajową albo najpierw trafisz na jakiś staż czy praktyki, żeby pracodawca mógł sprawdzić czy ty w ogóle nadajesz się do tej roboty, czy nie puścisz całej firmy z dymem.
Ale tak, masz racje. Będziesz mieć papierek. Że masz wykształcenie wyższe. Ale czy faktycznie dzięki temu jesteś mądrzejszy? Inteligentniejszy? Fajniejszy?
Weźmy na przykład takiego informatyka/programistę/speca od tych spraw:
delikwent nr 1: naprawia komputery, laptopy całej rodzinie i okolicy, ulepsza im systemy, jest po jakieś zawodówce czy technikum, bo zamiast się uczyć grzebał w komputerze; większość rzeczy, które potrafi nauczył się metodą prób i błędów, pomagał w tworzeniu jakieś strony/gry/programu
delikwent nr 2: absolwent politechniki, najlepsze oceny na roku, otrzymał stypendium naukowe, wszystkie regułki i oznaczenia zna na pamięć, potrafi wskazać najlepsze książki do nauki dla danych nurtów (czy jakkolwiek tam to nazwać?) komputerowych
Pracodawca: którego z delikwentów ma wybrać? Tego, który ma papiery na to, że potrafi to co umie, który każde zadanie będzie wykonywał według jakiś tam wytycznych, a gdy pojawi się jakiś błąd z którym nigdy wcześniej nie miał do czynienia to po prostu rozłoży ręce, czy tego, który każde zadanie, za każdym razem będzie rozwiązywał na inne sposoby, gdyż (poprzez swoje doświadczenie) wie dokładnie co przestało działać lub działa źle, nie będzie się trzymał sztywnych zasad i reguł, nie posiada nic na potwierdzenie swoich umiejętności poza pokazaniem tego w praktyce.

Nie mówię, że studiowanie jest złe. Bo chyba każda forma nauki jest dobra - póki się chce. Ale może lepiej uczyć się czegoś bardziej przydatnego w życiu (i w przyszłej karierze zawodowej) i w sposób bardziej dopasowany do każdego indywidualnie, niż studiować tylko po to ażeby mieć kawałek makulatury określający jaki poziom wykształcenia posiadasz.

Papier to ja potrzebuję tylko jeden - toaletowy.

niedziela, 10 lutego 2013

O Miłości i "miłości"


On: śpiewa jej serenady pod oknem, pisze wiersze miłosne, kupuje jej kwiaty, biżuterię czy inne cosie
Ona: gotuje mu pyszne obiadki, piecze smakowite ciasta, robi masaż po ciężkim dniu pracy (obowiązkowo w seksownej, koronkowej bieliźnie)
Oni: robią sobie piknik w parku, zajadając się truskawkami z bitą śmietaną, słuchają tej samej muzyki, zawsze mają takie same zdanie, biorą razem prysznic/kąpiel.
I nie daj boże, gdy nie będą spali wtuleni w siebie, tylko (o zgrozo!) „dupami” do siebie – nastąpi koniec miłości!

Tak nam miłość obrazują filmy, książki… A jak to wygląda w rzeczywistości?
Czy naprawdę wyznaniem miłości jest wspólna kąpiel? Nie oszukujmy się, ale póki nie ma się wanny/prysznica min. 2x2 to trochę niewygodnie jest. I zawsze na jedną osobę bardziej leci woda niż na drugą.
Czy naprawdę lepiej „wtulać się” w siebie w łóżku, budząc się całemu obolałemu, czy lepiej po prostu dać sobie buzi na Dobranoc i każdy niech zasypia tak jak mu wygodnie?
Przecież gdy ludzie są mniej lub bardziej różni od siebie, to nie oznacza, że na każdej płaszczyźnie ów różnic muszą się ze sobą kłócić i sprzeczać. W sumie to też zależy od charakterów. Ale chyba rozmowy są wtedy ciekawsze niż:
„- Fajny był ten film.
– Yhm. Ciekawy był.”
Łał. A na starość, gdy już wam się bzykać nie będzie chciało, to będziecie razem spoglądać na pole, bo nic innego wam nie pozostało. A nie ciekawiej by było:
„- Fajny był ten film. (przykładowo film akcji)
- No w sumie… Ale zbyt dużo było w nim opowiadań, retrospekcji i takich tam, a za mało się działo.
- Zgadzam się, ale gdyby cały czas się lali, bite 1,5h to nie wiadomo by było, dlaczego oni w ogóle się leją.”
I tak dalej.
W ogóle jakoś ta cała miłość i romantyczność i związek zostały chyba przekłamane. Czy para, która osobno spotka się ze znajomymi kocha się tylko „trochę”? Przecież dziewczyna musi czasami spotkać się sama z „psiapsiółkami” a facet musi czasami sam z kumplami wyskoczyć na piwo/mecz/koncert. I nie ma w tym nic złego, nawet jeżeli ta druga osoba pozostaje w tym czasie w domu.
Nie zapominajmy, że „zakazany owoc najlepiej smakuje”. Więc jeżeli partner/partnerka będzie chciał/-a skoczyć w bok, to i tak to zrobi. A i tak nikt do nikogo nie należy. Więc idąc razem na imprezę, nie trzeba tylko i wyłącznie ze SOBĄ się bawić. Przecież gdy on zatańczy z jakąś inną (ale nie zupełnie obcą, tylko jakąś znajomą :P ) lub ona zatańczy z innym, to nie oznacza że już cię nie kocha i odchodzi do tej innej/tego innego. Oczywiście, nie liczy się fakt, gdy on/ona zamiast bawić się z tobą woli bawić się z każdym/każdą inną, bo wtedy już jest coś nie tak.

Może chodzi o to, aby czasami móc przełożyć TWOJE potrzeby nad MOJE. Gdy potrzeba to przytulić, albo zostawić w spokoju i pozwolić porobić coś samemu, gdy ktoś strzela focha, to zamiast robić awantury to po prostu dać buziaka albo przytulić? Być, żyć razem, ale pozwolić też na trochę indywidualności, samotności, odrębności. Nie trzeba robić wszystkiego RAZEM, i myśleć, mówić, lubić to samo, żeby się kochać. Przecież osoby będące w związku nie spajają się w jedną całość, tylko nadal są dwoma osobnymi jednostkami, różnymi osobowościami, które z jakiś tam względów chcą być razem ze sobą. Chcą, a nie Muszą.